//Ilustracje nie przedstawiają konkretnych osób. Wszelkie podobieństwa są przypadkowe. Przy moich zdolnościach plastycznych wolałem nie ryzykować próby przedstawienia kogokolwiek. Zwykle nikt nie cieszy się gdy niebo pochmurnieje. Tym razem jednak było inaczej. Znaczna gromadka obłoków, która końcem września zamajaczyła na bieszczadzkim horyzoncie, zwiastowała zdarzenia nader radosne. Zwłaszcza, że nie były to deszczowe chmury, a pogodne obłoczki, gotowe płynąć bieszczadzkim niebem jeszcze dalej... Mowa to o trasie zatytułowanej ?Jeszcze dalej niż te obłoki? odbywającej się w ramach 50. Rajdu ?Połoniny?, organizowanego przez SKPB Warszawa. Pozwólcie jednak, że zacznę od początku. Szczerze powiedziawszy nigdy wcześniej nie słyszałem o Rajdzie ?Połoniny?, mimo że to już 50. edycja. Od początku ?Połoniny? wydały mi się bardzo ciekawą opcją spędzenia ostatnich chwil studenckich wakacji. I w niczym nie przeszkadzał fakt, że już nie raz w tym roku miałem okazję gościć w krainie Biesów i Czadów. ?Połoniny? zabrały mnie w podróż w miejsca jeszcze nie znane, we właściwy sobie, specyficzny sposób. Jako osoba mieszkająca z dala od Warszawy musiałem dotrzeć na miejsce startu sam. Najrozsądniejszą alternatywą okazał się przyjazd do Leska, gdzie zaczynała się trasa, już dzień wcześniej i nocleg w tamtejszym Schronisku PTSM. W ten sposób, wyspany, mogłem ruszyć z rana w kierunku punktu zbiórki, czyli Starego Rynku w Lesku. Na miejscu zastałem bardzo liczną, 30-osobową grupę rajdową, pałaszującą śniadanie. Chwilkę zajęło jeszcze uporanie się z pozostałymi kanapkami. W międzyczasie po rynku przechadzał się pan mający utrzymywać to miejsce w czystości. Zbierał walające się tu i ówdzie puste puszki, zerkając podejrzliwie w naszą stronę. Proszę Pana, to naprawdę nie my! Te puszki to naprawdę nie nasze. Potem przerwa techniczna na sprawy organizacyjne ? lista obecności, opłaty, spis posiadanej żywności. No i każdy dostał swoją naszywkę z logo rajdu!
Gdy już formalności stało się za dość, mogliśmy ruszyć na szlak. Pierwszy cel ? Gruszka. Przekroczyliśmy most na Sanie i zaczęliśmy wspinać się w górę. Lesko było jeszcze dość zaspane i mgliste, choć słońce coraz silniej podkreślało swoją obecność. My jednak szybko schowaliśmy się przed nim w las. Plan na dziś i dni kolejne prezentował się następująco: 24 wrzesień: Lesko - Gruszka - Zahoczewie - Żerdenka - Żernica - Baligród 25 wrzesień: Baligród - Huczwice - Chryszczata - Maguryczne - Smolnik 26 wrzesień: Smolnik - Głęboki Wierch - Balnica - Wola Michowa (ześrodkowanie) 27 wrzesień: Wola Michowa - ??? - Sanok Jak się później okazało, większość z tego planu się sypnęła, choć nie bez powodu. Po kolei jednak: zdobywszy Gruszkę (583 m) ruszyliśmy w kierunku Zahoczewia, z przystankiem na chwilkę wylegiwania się na słonecznych polanach i fotografowanie owiec. Po przejściu Zahoczewia zaczęliśmy rozglądać się za dogodnym miejscem na obiad (czyli polanką z dostępem do strumyka). Po znalezieniu odpowiedniej lokalizacji przestąpiliśmy do przygotowań: zebrania drewna, przyniesienia wody, skolektywizowania makaronu (którego każdy chciał się pozbyć, wszak makaron też swoja waży, a kto nie chciałby mieć lżej?) i innych potrzebnych produktów. Chwilę później gary gotowały się już na ogniu. W pobliżu zaczęły się też gromadzić menażki.  Po uzupełnieniu kalorii kontynuowaliśmy wędrówkę. Droga prowadziła jeszcze chwilę polaną, po czym znikała w lesie. Las na dobre opuściliśmy dopiero w Mchawie. Jako że zmrok już nastał, postanowiliśmy, że zostaniemy tu na nocleg. Rozpoczęły się poszukiwania stodoły (jako że trasa była w założeniu ?stodołowa?). Niestety, jak się okazało, tak dużej grupie ciężko gdzieś się zaczepić. Na domiar złego zaczęło padać. Zebraliśmy się pod sklepem. Było zamknięte, ale przynajmniej przed wejściem był daszek. Jednocześnie - stale aktywna - działała ekipa poszukiwaczy noclegu. Niestety, ani u gospodarzy, ani u sołtysa, ani w szkole, ani nawet w kościele nie udało się załatwić niczego konkretnego (choć u sołtysa i w szkole starano nam się pomóc). Ostatecznie pod sklep podjechała policja. Po wyjaśnieniu sytuacji i chwili poszukiwań, funkcjonariuszom udało się załatwić nam nocleg w... Zhoczewiu! Jednocześnie panowie policjanci byli na tyle mili, że podwieźli nas na miejsce. I tak pierwszy dzień zakończyliśmy w gospodarstwie agroturystycznym. Dziękujemy policjantom! 
Od tego momentu pierwotny plan legł w gruzach. Chyba nikt się tym jednak nie przejął. Trzeba było zacząć improwizować. Następnego dnia wsiedliśmy więc w autokar i pojechali prosto na Przeł. Przysłop. Tam, już na własnych nogach, skierowaliśmy się na szczyt o groźno brzmiącej nazwie ? na Matragonę (990 m). Było stromo już na dzień dobry.
Z Matragony zeszliśmy na tory Bieszczadzkiej Kolejki Leśnej, które to tory zaprowadziły nas na stację w Balnicy. Tam też zatrzymaliśmy się na obiad. Tym razem daniem dnia był ryż. Przygotowaniom towarzyszyły gitary i śpiew. Pełni nowych sił mogliśmy sięgnąć po kolejny cel ? stanicę ZHP z Krosna w Woli Michowej. Jako, że ze stodołami jest problem, postanowiliśmy już dziś nocować w miejscu ześrodkowania. Tam przynajmniej czekały na nas namioty. Po drodze zahaczyliśmy jeszcze o kaplicę w Balnicy. Potem raz jeszcze dotarliśmy do torów Bieszczadzkiej Kolejki i po szynach szliśmy przez Wolę Michową do stanicy ZHP. Cel osiągnęliśmy już po zmroku i we mgle, co utrudniało odnalezienie się w sytuacji. Wszędzie było pusto, cicho, dość zimno. Do tego wszystkiego dochodził jeszcze jeden problem...
W tym trudnym momencie na ratunek przybyła przewodniczka Magda (do tej pory przez bieszczadzkie ostępy prowadził nas Janek). Znalazł się nasz namiot, znalazły się kible, a nawet inni ludzie. Jak się okazało, ognisko już płonęło, można więc było przyrządzić herbatkę. Miejscowa herbatka przyrządzana była z miejscowej wody ? mineralnej, może i zdrowej, ale pachnącej i smakującej mało zachęcająco... Nie mniej, gorąca herbata w ten mroźny wieczór, pod jakąkolwiek postacią, i jakkolwiek pachnąca, była rarytasem, stąd każdy ochoczo opróżniał swój kubek. No może prawie każdy...
Po nocy spędzonej w harcerskich namiotach i śniadaniu, mieliśmy jeszcze jeden dzień do dyspozycji. Ześrodkowanie miało odbyć się wieczorem, więc trzeba było zrobić pętlę i przed zmrokiem wrócić do stanicy. Obraliśmy kurs na Krąglicę (943 m). Dzień był całkiem przyjemny, była nawet okazja do podziwiania panoramki.
Las okazał się bardzo hojny i w czasie przejścia nasze obiadowe zapasy wzbogaciły się o nieco grzybów. Zdobywszy Krąglicę zaczęliśmy schodzić w dół, rozglądając się jednocześnie za miejscem na obiad, który tego dnia miał się odbyć w jarze. Wybrane miejsce wyglądało tak: Na obiad makaron z brawurowym miksem sosów (bolognese + 4 sery + borowikowy + carbonara) z dodatkami (w tym wspomniane grzyby). Zgodnie z planem, jeszcze przed zmrokiem, znaleźliśmy się z powrotem w stanicy. Tym razem było tu pełno ludzi. Właśnie zaczynało się ześrodkowanie. A na ześrodkowaniu, jak to na ześrodkowaniu ? pełno szalonych konkursów: No i oczywiście koncert! Zaczęło się od pięknych, bardzo akustycznych ballad Macieja Służały, potem pełne pozytywnej energii piosenki w wykonaniu Słodkiego Całusa od Buby, aż po melodyjne granie zespołu Bez Jacka. Na finał natomiast Słodki Całus od Buby i Bez Jacka zagrali wspólnie. To było coś. Niestety było zimno. Bardzo zimno...  Marzła zarówno widownia, jak i wykonawcy. Nawet mimo niewątpliwie rozgrzewającej muzyki. Z czasem ciepły żurek i wielkie, piekielnie gorące ognisko stawały się coraz silniejszą konkurencją dla koncertu. Muzykę było jednak słychać aż przy ognisku. Muzyka, ogień i żurek... jak niewiele do szczęścia potrzeba. Po koncercie wszyscy zebrali się wokół ogniska. Było rozdanie nagród za konkursy i prezentacja tzw. ?wykonów?, które w założeniu przygotować maiła każda z kilkunastu tras rajdu. Temat wykonu: ?Stary ale jary?. Obłoki niestety nie miały jakoś weny, stąd w ramach rekompensaty prezentuje tu wierszyk, który powstał w dużej mierze już po rajdzie i jest jego swoistym streszczeniem: ?Stare ale jare?
Stare, dobre ?Połoniny? Bieszczadzkie dni, rajdowe godziny Pod znakiem jesiennego liścia Przywołamy tradycje stare Stare ale jare
Przejdziemy przez krzale nieprzebyte Kosić będziemy w lesie jary skryte Przetrzemy szlaki na nowo Dukty zapomniane, stare Stare ale jare
Podeszwa gdzieś w błocie została Cholewa się cała rozleciała Bo znów na nogi włożyć przyszło Buty schodzone, stare Stare ale jare
Już słychać brzuchów burczenie Będzie obiad, będzie jedzenie Kroimy więc w czarne gary Kiełbasy zjełczałe, stare Stare ale jare
A z rana na śniadanie Inne całkiem mamy danie Ślizgamy więc po chlebie Betony zepsute, stare Stare ale jare
A gdy pragnienie poczujemy Ni fanty, ni sprite?a nie pijemy Miast tego w gardła lejemy Wodę co wali jak jaja stare Stare ale jare
Wieczorem zaś płomień błyska A bez gitary nie ma ogniska Majster Bieda i Anioły Bieszczadzkie Zaśpiewamy raz jeszcze hicoiry stare Stare ale jare
Aż minie czas rajdu kolejnego Wrócimy do domów, lecz dnia pewnego Spotkamy się na jakimś szlaku I odżyją z ?Połonin? wspomnienia stare Stare ale jare
Granie i śpiewanie przy ognisku trwało do późnej nocy. A następnego dnia rano... Część wracała do domów na własną rękę, część stadnie wędrowała do powrotnego autokaru, a jeszcze inni kontynuowali bieszczadzką tułaczkę z innymi trasami. Tak czy inaczej, obłoki na bieszczadzkim niebie rozproszyły się. Każdy popłynął w swoją stronę. Trasa ?Jeszcze dalej niż te obłoki? dobiegła końca. Może pewnego dnia niebo nad połoninami znów tak pięknie się zachmurzy... Chciałbym podziękować wszystkim, bez których rajd ten nie doszedłby do skutku. Magdzie i Jankowi, którzy prowadzili trasę, dziękuję za pokazanie mi Bieszczad, jakich jeszcze nie znałem. Wszystkim obłoczkom z którymi przyjemność miałem pływać po niebie również dziękuję. Za to że po prostu byli. Że stworzyli ten chmurkowy, niepowtarzalny krajobraz tamtych miejsc i chwil. Do zobaczenia na jakimś szlaku lub na niebie. Bieszczadzkim, beskidzkim, górskim... |