Strona główna > Relacje z wyjazdów > Relacje z rajdu Połoniny > Końcówka wakacji studenckich w miłym akcencie czyli... Połoniny po których prawie nikt nie chodzi!

18

paź

2009

Końcówka wakacji studenckich w miłym akcencie czyli... Połoniny po których prawie nikt nie chodzi!
Autor: Marcin Kuciński   

       W czasie, kiedy to wakacje studenckie kończyły się nieuchronnie, a bolesna  rzeczywistość pełna politechnicznych wyzwań zbliżała się... Zdałem sobie sprawę, że czuję pewien niedosyt, prosto rzecz ujmując tęskniło mi się za górami :) i wtedy przez przypadek w gęstwinie internetu natknąłem się na stronę SKPB no i doznałem olśnienia.

 

 

          Bez zbędnego namyśliwania się postanowiłem zapisać się na 50 rajd Połoniny. Przy okazji wydałem większość pieniędzy zarobionych podczas wakacji na długo oczekiwany i potrzebny equipment (znaczy się buty, plecak i namiot), to miał być mój pierwszy rajd z SKPB, wcześniej uczestniczyłem tylko w jednym (bardzoo lightowym) rajdzie organizowanym przez pewną grupę turystyczną, a więc byłem kompletnie niedoświadczony i "zielony" w temacie. No ale cóż kiedyś musi być ten pierwszy raz.

            Na tym kończę niepotrzebne przedstawianie mojej nudnej osoby i zacznę przedstawiać fakty. Trasa "Połoniny po których prawie nikt nie chodzi" była prowadzona gościnnie przez SKPB Łódź, a dokładniej przez przewodników; Darka i Krzyśka, oprócz nich ja i parę innych uczestników rajdu starało się dumnie reprezentować tak zacne miasto :) Po godz 20.00, gdy wszystkie osoby z naszej trasy zjawły się na  Dworcu w Warszawie, wyjechaliśmy autokarem, aby nad ranem dotrzeć do Sanoka. Po dotarciu do celu, miejscowym autobusem dojechaliśmy do malowniczego Bukowska. Trasa pierwszego dnia przedstawiała się następująco;

Bukowsko ? Tokarnia ? Przybyszów ? Rzepedka ? Rzepedź

Darek wcześniej opisując pierwszy dzień na ofercie rajdu przedstawił go jako marsz przez zapomniane połoninki w najdzikszej wschodniej części Beskidu Niskiego, no i gwarantował nam panoramy i brak tłoku na szlaku. Hmm teraz z perspektywy czasu zgadzam się z nim w 100%.

 

 Darek zawsze poważnie podchodził do spraw żywieniowych

 Na pierwszym postoju troszkę dziwiłem się, że każdy hojnie częstował innych swoim jedzeniem, po następnych paru kilometrach z plecakiem zdecydowałem się równie szlachetne postepowanie w celu pozbycia się dodatkowego balastu :)

 

i tak oto napotkany tekst towarzyszył nam po drodze aż do noclegu gdzie czekało nas rozbijanie namiotów, deszczyk no i ognisko z pyszną glumzą.

2 Dzień wg planu przedstawiał się tak:

Rzepedź ? Turzańsk ? Suliła ? Chryszczata ? Jez. Duszatyńskie ? Duszatyn

 

 

 

Dzień rozpoczęliśmy od ogniska i śniadania, które pośród mokrej trawy poprawiło nam humory, następnie wysłuchaliśmy ciekawego i krótkiego geologicznego wykładu Darka z którego niestety mało pamiętam, ale mogę zapewnić, że w jego ustach brzmiało to bardzo profesjonalnie :P Następnie maszerując poprzez wytyczone miejscowości mieliśmy okazje zwiedzić piękne cerkwie, które robiły wrażenie wraz z ich otoczeniem.

 

Po nacieszeniu oka, żarty się skończyły... gdyż zdecydowaliśmy się na karkołomne podejście na szczyt Chruszczatej. 

Po dotarciu na szczyt, ciekawej lekcji historii i walce z gigantycznym konikiem polnym, który chciał nam zjeść kolację, postanowiliśmy udać się na zasłużony nocleg. Niestety wyszło tak, że odpowiednie miejsce noclegowe znaleźliśmy dopiero po zapadnięciu zmroku, co na pewno uatrakcyjniło nasze obozowanie. Po obfitej koilacji z m.in niedogotowanych grzybów, śpiewaliśmy przy gitarze znane turystyczne hity.

Plan trzeciego dnia ; Duszatyn ? Mików ? Maguryczne ? Jasielnik ? Wola Michowa

Rankiem po pożegnaniu sie z duszatyńskimi jeziorkami oraz śniadaniu udaliśmy się w dalszą obfitującą licznymi niebezpieczeństwami trasę ...

 

 

Jak widać na zdjęciu, różne były sposoby na przechodzenie przez rzeki, np. zdejmowanie butów, zakładanie sandałek, ja należałem do 3 grupy - ufałem w moje zaimpregnowane treki... i się nie przeliczyłem :) Po ciężkich przeprawach w końcu dopłynęliśmy do swojej Itaki -Woli Michowej, gdzie czekało na nas mnóstwo atrakcji.

Niska temperatura nie potrafiła przegonić nawet największych zmarzluchów z koncertu takich zespołów jak "Słodki całus od Buby" czy "Bez Jacka". Dopełnieniem całej imprezy było ogromne ognisko z glutem i  śpiewaniem.

Ostatniego dnia po nocy spędzonej przy ognisku postanowiliśmy sie ofocić i odwiedzić jeszcze Komańcze, gdzie mogliśmy podziwiać prawie już odbudowaną cerkwie.

 


 

 

 

 

 

I tak oto doszliśmy do Komańczy skąd autokar zabrał nas do Warszawy. Obecnie, 3 tygodnie po rajdzie, nadal bardzo miło go wspominam i żywię nadzieje, że jeszcze nieraz będę mógł w nim uczestniczyć i poznać tyle wspaniałych osób.