Strona główna > Kurs przewodnicki > Dział kursanta > Tfurczość kursowa > Magiczna wycieczka na zapoznanie 24-25/10/2009

10

gru

2009

Magiczna wycieczka na zapoznanie 24-25/10/2009
Wpisany przez Agata   

Po trzech przesiadkach o 9 rano wysiedliśmy z pociągu w Jeleśni. Na dworcu zjedliśmy śniadanie i ruszyliśmy w trasę. Pogoda nie była dla nas łaskawa, choć zawsze mogło być gorzej. Była mgła i padał kapuśniaczek. Szliśmy, szliśmy, szliśmy, raz pod górę, a raz z góry. Prowadzący się zmieniali, tempo się zmieniało, stały był tylko kapuśniaczek i marsz.

I tak po pewnym czasie (!!) zaczęło się robić ciemno, założyliśmy czołówki. Nasz przewodnik nawet się ucieszył – od razu przerobimy chodzenie po zmroku – powiedział i szliśmy dalej. Zmierzaliśmy do chaty na Halę Górową na nocleg, stale szliśmy w górę, coraz wyżej i wyżej. Zaczęło się robić mroźno, choć zauważyłam to tylko, dlatego, że trawa podświetlana światłem z czołówki tak ślicznie skrzyła. Ja sama byłam tak zgrzana, że para wydobywająca się zza kurtki przesłaniała mi świat :-)).

 

 

Byliśmy coraz bliżej chaty, nawet już widzieliśmy drogowskaz do niej – CHATA – 10 MIN. Wszyscy dostali nowych sił, choć po 10 godzinach marszu trudno to sobie wyobrazić :-)). Idziemy, idziemy, przedzieramy się przez ponad pół metra nieudeptanego, mokrego śniegu, wokół zapadła już noc, a mgła była taka, że widoczność ograniczała się do 3 metrów.

Niby na drogowskazie było napisane, że 10 minut, a my idziemy już 15 i chaty nadal nie widać. – To powinno być gdzieś tutaj – krzyczy przewodnik, ale nic nie widać, tylko las, mgła, śnieg i noc…. Idziemy nadal, krążymy, przechodzimy przez potoki, wracamy – chaty nie ma.

 

 

 

Nagle spod ziemi wyłania się przed nami stół! Wyobraźcie sobie, środek nocy, środek lasu, niewydeptany śnieg, mgła i ten stół…. a ładny był :-) starannie obciągnięty ceratą, widać, że ktoś o niego dbał. Zupełnie, jak w „Opowieściach z Narnii” – taki stół pośrodku lasu.

- Gdzieś tutaj MUSI być ta chata – krzyknął Grzesiek – gdzieś tutaj musi być ta chata!

Idziemy dalej, minęło kolejnych 10 minut, a w tej mgle, w tym śniegu – chaty jak nie było, tak nie ma. Zaczęliśmy już być zrezygnowani – trudno, prześpimy się tutaj - w śniegu. Aż tu nagle – barierka – musimy się jakoś przez nią przedostać, bo przecież gdzieś tutaj jest chata.

 

– A może za tą barierką jest przepaść – ktoś krzyknął. No tak, to brzmiało całkiem rozsądnie, bo po co ktoś miał stawiać barierkę w środku lasu…. Kilka osób odważyło się przedrzeć przez barierkę, ale tak przy samym brzegu – przepaści nie było widać, zupełnie, tak jak chaty! Chodziliśmy w kółko, zmarznięci i zmęczeni, światło z czołówek odbijało się od mgły, przez co widzieliśmy tylko obiekty znajdujące się w obrębie 3 metrów od nas. Zaczęły nas ogarniać myśli, że poszliśmy w złą stronę i chaty już dzisiaj nie znajdziemy. Pewnie przyjdzie nam spać pod jakimś drzewem, ale cóż, w końcu mamy ciepłe śpiwory. Rozpali się ognisko i jakoś damy radę. I tak, gdy zaczęliśmy przyzwyczajać się do myśli o spaniu pod drzewem nagle ktoś krzyknął: JEST CHATA!!! Krzyk słychać było z całkiem bliska…. a dokładnie brzmiał 5 metrów od nas. Cały czas staliśmy 5 metrów od chaty…

Rano, jak zobaczyliśmy, że stół obciągnięty ceratą był od domku oddalony o jakieś 10 metrów, a barierka, za którą miała być przepaść, to wyznaczona droga do kibelka dostaliśmy ataku śmiechu, tego dnia pierwszego, ale nie ostatniego! Za każdym razem, jak wspominaliśmy przepaść za barierką do kibla i ten stół w środku lasu mieliśmy ubaw na całego. Do dzisiaj, jak sobie to przypomnę, to poprawia mi się humor.

 

Taka to była przygoda w tym magicznym lesie….