To już czterdziesty czwarty raz SKPB Warszawa zaprosiło wielbicieli jesiennej włóczęgi na Bieszczadzki Rajd Studencki Połoniny. Spośród licznego grona osób, które w tym rajdzie wzięły udział, kilkanaście zdecydowało się powędrować z trasą „Wejść w jesień, jak w święto”. O tym, gdzie byliśmy i co robiliśmy, przeczytacie poniżej.Gdzie byliśmy:
23.09 Zagórz>>>Bukowiec.k Terki- Korbania-przeł. Hyrcza-Łopienka-Dołżyca
24.09 Dołżyca-Jasło-Okrąglik-Fereczata-Smerek
25.09 Smerek>>>Wetlina-Poł. Wetlińska-Smerek-Wetlina
26.09 Wetlina-Dział-Wielka Rawka-Kremenaros-Ustrzyki Górne
27.09 Ustrzyki G.-Połonina Caryńska-Przeł. Przysłup-Dwernik
28.09 Dwernik-Otryt-Lutowiska>>>Zagórz
Co robiliśmy:
Dzień 1
Rozpoczęło się zwyczajnie, od spotkania w Zagórzu na dworcu PKP. Następnie przy pomocy publicznych środków transportu przenieśliśmy się do Bukowca, gdzie oprócz strawy cielesnej w postaci śniadania było coś i dla ducha, czyli opowieść o niedźwiedziu, który dzień wcześniej odważył się pokazać swój pysk mieszkańcom wsi. Ucieszyła nas ta wiadomość, bo w końcu niedźwiedzia na co dzień się nie spotyka, więc raźno zarzuciliśmy plecaki i porzuciliśmy cywilizację. Niestety niedźwiedź postanowił nas zignorować i nawet śladu łapy nie zostawił na naszej drodze. Nie to nie, pomyśleli co poniektórzy i zajęli się widokami z Korbani i czekoladą.
A potem spokojnie pomaszerowaliśmy do Łopienki, gdzie - dla równowagi ducha i ciała – zwiedziliśmy cerkiew i zjedliśmy obiad. W Łopience niektórym podobało się tak bardzo (ewentualnie iść się nie chciało tak bardzo), że usiłowali przeforsować niecny plan nocowania w tym miejscu. Nic z tego - z niewzruszoną stanowczością został zarządzony wymarsz. Dzięki czemu zdobyto przełęcz 739 i można było udać się na nocleg w Dołżycy.
Dzień 2
Następuje zmiana w składzie osobowym, sprawujących pieczę nad grupą: Aśkę zastąpił Artur. Wraz z Aśką poszło sobie słońce i w Cisnej zaczęło padać. W związku z tym zapadła błyskawiczna decyzja... bynajmniej nie o zmianie planów.... Decyzja o uzupełnieniu wyposażenia grupy. Od tej pory przez cały dzień towarzyszył nam w wędrówce (oprócz mgły i deszczu) delikatny szelest lub zdecydowany łopot foliowych worków. Ponoć – według niektórych - pogoda tego dnia była straszna, ale ja tego nie zauważyłam. Może dlatego, że w ogóle mało było widać?
W Smereku w ramach poszukiwania noclegu na sianie udało nam się odwiedzić: dom w którym pachniało grzybami, podwórze z przepięknym kotem siedzącym na studni, dom z ogromnym psem, nieczynny bar, sklep - dla odmiany - czynny, aż wreszcie trafiliśmy na „Spanie na sianie”, które oprócz niewielkiej ilości siana oferowało także maleńką kuchnię z piecem. Niewiele czasu trzeba było, by wypełniła się ona ludźmi, menażkami, zapachem obiadu, rozgardiaszem i rozmowami.
Dzień 3
Rano choć szczyty jeszcze owinięte chmurami, dookoła nas wszystko pławi się w słońcu. Worki na plecaki lądują w kieszeniach, a my zanurzeni w tym słońcu po uszy idziemy na Wetlińską. Im wyżej podchodzimy, tym więcej w nas zdziwienia: chyba na Połoninie rozdają dziś dzieci. Niemal każdy, kogo mijamy podąża w dół z dzieckiem: na ręce, za rękę, tudzież na plecach.
Przy Chatce Puchatka oczywiście tłumy się kłębią (ale dzieci ani śladu, może już wszystkie rozdali?), my się nie kłębimy tylko przygotowujemy kanapki, a następnie nazywamy sobie górki, które stanowią tło naszej dzisiejszej wędrówki. Słońce świeci, chmury galopują po niebie a nas wiatr pcha na Smerek, gdzie ku ogólnemu zadowoleniu, zostaje wyciągnięte z plecaka 50 andrutów-po dwa dla każdego.
I już w dół na obiad, kisiel, ognisko, gadanie, spanie...
Dzień 4
Wstajemy wcześnie - nie widać jeszcze słońca zza Połoniny Wetlińskiej, dookoła panoszy się szron a w powietrzu krzyżują głosy: pełne zachwytów lub narzekań, że zimno.
Dziś kolejny dzień świętowania, Jesieni oczywiście. Na Dziale, na Rawkach, na Kremenarosie wszędzie już widać, że przyszła: niebo błękitne, słońce grzeje, trawy spłowiały, buki pożółkły, jarzębiny poczerwieniały, jelenie ryczą bez opamiętania, widoki są. No więc, jak tu nie świętować. Może dlatego tak nam się zebrało na wygłupy? Najpierw urządziliśmy sobie bieg na Kremenaros (ale bez plecaków, które zostały na Wielkiej Rawce pod czujnym okiem ochotników). Potem się jeszcze: poczołgaliśmy, posłoniowaliśmy, zainspirowani przez „Rejs” - stworzyliśmy figurę Ku Czci... i wreszcie trochę się zmęczyliśmy (ale wciąż jeszcze nie na tyle, by spokojnie i statecznie zejść do Ustrzyk).
W Ustrzykach okazało się, że o normalnych stodołach nie ma mowy i że skazani jesteśmy na luksusy: koce, materace, umywalnie, obszerną kuchnię.... Wszystko byłoby dobrze, gdyby z mroku nie wyłoniło się kilka uzbrojonych sylwetek, które zażądały pieniędzy. Cóż było robić dla dobra grupy oddaliśmy wszystko co mieliśmy, a tajemniczy napastnicy pozostawili na stole (ponoć na pociechę!) garść blaszek w foliowym woreczku i już ich nie było.
Groźnie porykujący jeleń i wyjące wilki – które pewnie były z nimi w zmowie – zniechęciły nas do pościgu.
Dzień 5
Po dokładniejszych oględzinach, okazało się że to nie takie zwykłe kawałki blachy, a raczej znaczki z tajemniczym napisem: „studenckie koło przewodników beskidzkich w warszawie Połoniny 2003 rajd studencki połoniny XVIL”. Uznaliśmy, że mogą nas one uchronić przed kolejną napaścią i na wszelki wypadek poprzypinaliśmy je sobie do polarów. Chyłkiem przemknęliśmy przez zachmurzoną Połoninę Caryńską i zeszliśmy na Przełęcz Przysłup (Caryński). Dopiero tam poczuliśmy się bezpieczni. Nic, poza słońcem zza chmur nie wylazło. Za to zauważyliśmy, że wczorajsze wydarzenia odcisnęły swój ślad w umyśle kilku uczestników. Zaczęło się szerzyć niepokojące zjawisko wymuszania czekolad. Na szczęście szybko udało nam się ukrócić ten niecny proceder i nie oglądając się za siebie ruszyliśmy dalej.
Niestety nasz spokój nie trwał długo. W Dwerniku ponownie natknęliśmy się na uzbrojone postacie, które domagały się od nas wylegitymowania tajemniczą blaszką (a jednak!) i zagoniły nas do stodoły w której mieliśmy spać. Jak się okazało, takich jak my, było więcej i wszyscy bez protestu wykonywali polecenia. My też. Nakazano nam przejść do ogniska, poszliśmy. Zobowiązano do stawania w szranki z innymi grupami, stanęliśmy. I choć zbyt spektakularnych sukcesów nie udało nam się odnieść, to warto odnotować, że dzięki temu kilka osób wróciło do domu z nowymi umiejętnościami (jak nie rzucać jajkiem; co robić, gdy ziemia zmienia kąt nachylenia itp.).
Mimo zaciętej walki pomiędzy poszczególnymi grupami, obyło się bez ofiar w ludziach (strat w jajkach i łez wylanych ze śmiechu - liczyć nie warto).
Aby sprawiedliwości stało się zadość, trzeba jeszcze dodać, że Ci uzbrojeni osobnicy wykazali się daleko posuniętym humanitaryzmem i zadbali o odpowiednie doznania artystyczne (śpiewanki i Ojciec Abraham) oraz suto nas nakarmili zupą pomidorową z makaronem a na deser glutem i kompotem jabłkowym.
Dzień 6
Dookoła mniej lub więcej zaspane, nie zawsze czyste, ale sympatyczne twarze, resztki ogniska i kompotu z jabłek. Jeszcze wspólne śniadanie, czołg, grupowe zdjęcie....
Z lekkim ociąganiem zbieramy się do wyjścia – bo przecież już za chwilę zostanie obwieszczony koniec i każdy z nas pójdzie w swoją stronę.
Następne Połoniny już za rok!
