DO KIEROWNICTWA
51 RAJDU POŁONINY
Szanowni Państwo.
W dniach 18-26/09/2010, skuszona obietnicami fajnej zabawy, dobrej pogody (ducha) oraz niezapomnianych wrażeń, wzięłam czynny udział w 51. Rajdzie POŁONINY.
To, co przeżyłam, na długo pozostanie w pamięci i pozostawi trwały uraz psychiczny, ponieważ cała ta wyprawa nie mieści się w żadnych normach i standardach ogólnie pojętej cywilizacji, o czym uprzejmie donoszę i składam oficjalną skargę ;)
● TRASA.

Już na starcie przeczuwałam, że coś jest nie tak, kiedy to nikt nie zainteresował się mym misternie spakowanym plecakiem (BAGAŻOWEGO BRAK!!!) i sama musiałam taszczyć swój dobytek nie tylko do autobusu, ale codziennie przez ponad tydzień. Ale po kolei : po przybyciu (o 5:00 rano!!!) do uśpionego Sanoka (bez możliwości porannej toalety lub co najmniej upudrowania noska) i obejrzeniu zamku, rynku i witryn sklepowych oraz przywitaniu z zimnym Szwejkiem, ruszyliśmy PKS-em dalej. Kierowca wysadził nas na totalnym odludziu, skąd osiodłani we własne plecaki ruszyliśmy za przewodnikiem przez zaroszone, otulone mgłą ugory i oczywiście POD GÓRĘ!!! Nasz pierwszy cel - cerkiew w Smolniku. A „droga” niełatwa, bo z przeszkodą - wysoki PŁOT (nie poradziłby sobie z nim nawet Wałęsa) - ale My daliśmy radę. Jakież było moje zdziwienie, kiedy pod tą Perłą Architektury Drewnianej ujrzałam….. auta - namacalny dowód, że wiodła tam droga, cywilizowana i bez przeszkód, którą nasi przewodnicy kroczyć nie chcieli. Jak się później okazało, cała nasza trasa odbyła się pod znakiem „chaszczenia” po chaszczach i krzakach oraz „jarzenia” w jarach i błotnych parowach. Czasami było też „szczytowanie” na wierzchołkach czy to JASŁA (gdzie PKS nie dojeżdżał), Giewontu z krzyżem (potocznie zwanego Smerekiem) czy innych (NIEISTOTNE, jakie to panoramy i widoki ukazywały się naszym oczom dostarczając niezapomnianych emocji, WAŻNE jest to, że NA KAŻDYM SZCZYCIE WIAŁO!!!). Mam nadzieję, że Państwo rozumieją moje oburzenie i identyfikują się w bólu ze mną, kiedy to na jednym z postojów PO ZAPADNIĘCIU ZMROKU, na pytanie, czy światełka widoczne w dole to świetliki, przewodnik odparł: „Nie, to obwodnica karpacka”... O zgrozo!!! Czyż nie lepiej byłoby z okien autokaru oglądać zatopione w nocnej ciszy góry?! Ale ale, to jeszcze nic. Szczytem bezczelności ze strony prowadzącego było przeciągnięcie nas przez pasmo graniczne (oczywiście przez chaszcze) tylko po to, by w Osadném na Słowacji napić się KOFOLI, wykupić cały zapas czekolady Studenckiej (to, że my też piliśmy i nam smakowało - NIEISTOTNE).
Czyż moje żale nie są zasadne? Muszą się państwo ze mną zgodzić!
Punkt drugi z rażącymi niedociągnięciami to
● POSIŁKI I NOCLEGI.

Szanowni Państwo, żeby w erze mikrofali i kebaba gotować na ognisku, a wodę (bez uprzednich badań laboratoryjnych) czerpać z potoków, to skandal. Co gorsza, SKPB nie zapewniło nam nawet PODKUCHENNEJ - my własnymi siłami pod wodzą przewodników pichciliśmy te najsmaczniejsze (ale to NIEISTOTNE) strawy, które znikały z każdej (niezależnie od wielkości) menażki. Nie chcę, ale muszę wspomnieć o śniadaniach przygotowywanych przez brutalnie budzonych uczestników wyznaczonych na „wachtę”. Owe kanapki (smakowały jak żadne inne - nawet połączenie smalcu z powidłami - ale TO NIEISTOTNE) serwowano na ceracie w misie (wątpię by ów obrus PCV posiadał atest zezwalający na kontakt z żywnością). O warunkach noclegowych wspominać szkoda (tutaj tylko westchnę), ale uprzejmie informuję, iż wieczorami nasze bazy noclegowe zamieniały się w „jaskinie gier i hazardu” i to pod okiem – o zgrozo - studenta prawa (jeżeli prawdą jest, że „takie będą Rzeczypospolite jakie jej młodzieży chowanie”, to ja już widzę te nagłówki - kolejna afera, kolejny „ustawiony” mecz)!
Ostatnim punktem, gdzie kolejny raz ujawniły się niedociągnięcia jest:
● ZEŚRODKOWANIE W RADZIEJOWEJ.
Noclegów w namiotach wieloosobowych (niestety nie doliczyłam się wszystkich zwłok tam zalegających) BEZ OGRZEWANIA ja bym nie komentowała, ale zachowanie jednego z organizatorów, który zniweczył - wręcz w popiół obrócił - kreatywność rajdowiczów nie pozwala mi tak tego pozostawić. Otóż nasz namiot znajdował się najbliżej ogromnego ogniska (przy którym panowała wyjątkowa atmosfera i serwowano żur lepszy niż ten wielkanocny mojej mamy, ALE TO NIEISTOTNE) więc postanowiliśmy pociągnąć sobie ogrzewanie podłogowe do niego, używając do tego tlącej się trawy. Wtedy to ów przedstawiciel organizatorów i płci brzydkiej brutalnie zgasił ten płomień (nadziei na ciepło) zasłaniając się BEZPIECZEŃSTWEM - ha ha ha! Ja się pytam: Gdzie ON był, kiedy to brnąc po nocy w błocie mijaliśmy rzucane nam pod nogi nie kłody, lecz pnie całe? Gdzie on był, kiedy to przy rozpalaniu ognia nie było w pobliżu żadnej gaśnicy ni koca? I wreszcie gdzie on był (!!!),jak montowano w toaletach owe dostarczające wielu niezapomnianych doznań estetycznych DESKI klozetowe - no gdzie? PYTAM GDZIE?

Nie chcę się za bardzo rozpisywać, więc nie wspomnę o pięknej pogodzie jaka nam towarzyszyła (BO TO NIEISTOTNE), o uczestnikach dostarczających nam rozrywek w postaci popisów kaskaderskich czy też unoszących pnie drzew na jednym palcu (BO TO NIEISTOTNE tak samo jak NIEISTOTNE są miejsca które udało nam się zobaczyć dzięki determinacji naszego przewodnika głuchego na postulaty grupy); pominę również podróż zabytkową kolejką bieszczadzką (NIEISTOTNE).
Na tym kończę z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku. Pozdrawiam nucąc nieprzerwanie „Pan Jabłko i Pan Gruszka, Pan Gruszka, Pan Pietruszka…”.
Małgorzata Barbara
P.S.
W myśl zasady „CO NAS NIE ZABIJE (tutaj muszę podziękować uczestnikom trasy «Czego oczy nie widzą…», że tolerowali mą idealną postać w swym zacnym gronie) TO NAS WZMOCNI” ja czuję w sobie siły, aby zaszczycić Was swoją osobą na kolejnym rajdzie, bo taką atmosferę i dobrą zabawę (bez alkoholu) potrafią zapewnić tylko ludzie-wykolejeńcy podróżujący OPÓŹNIONYM POCIĄGIEM PRZYSPIESZONYM relacji WARSZAWA-RADZIEJOWA.
