Cztery pory roku na Zakarpaciu

Gwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywna
 

Po dłuższej przerwie ponownie ruszyłem w ukraińskie Karpaty z SKPB. Przyłączyłem się do trasy Jeszcze tyle się stanie prowadzonej przez Marka Króla i Juliusza Marszałka. Pierwszy raz jechałem z tymi przewodnikami, po szybkim spojrzeniu na listę odbiorców maila doszedłem też do wniosku, że prawdopodobnie nie znam też nikogo z tych uczestników. Jednak ludzi można szybko poznać (przynajmniej z wyglądu, bo niestety mam słabą pamięć do imion) a marka SKBP gwarantuje niezapomniane wrażenia i udany wyjazd.

 

Pojawiłem się na dworcu trochę przed 18-tą (na 18:30 był zaplanowany odjazd autobusu do Lwowa). Zobaczyłem grupę z dużymi plecakami i od razu wiedziałem, że to musi być ta ekipa. Podszedłem, zacząłem rozmawiać. Po pewnym czasie zorientowałem się, że coś jest chyba nie tak, bo ludzie się zachowywali jak przed klasówką, mówili coś o spotkaniach przedwyjazdowych. Okazało się, że to wyjazd kursowy SKG, który jedzie tym samym autobusem, a moja ekipa się jeszcze nie pojawiła. Wkrótce jednak pojawili się przewodnicy (poznałem ich, bo mają swoje profile ze zdjęciami na stronie SKPB). Okazało się też, że jestem jednym z najmłodszych uczestników. Troszkę się przestraszyłem chodzenia z weteranami, o kondycji których krążą legendy wśród przewodnickiej młodzieży. Moje obawy były bezpodstawne, ale nie wyprzedzajmy faktów.

 

Autobus ruszył leniwie ulicami Warszawy. To miasto ma w sobie to coś, że korki kończą się dopiero wtedy, gdy człowiek powinien już dawno spać. Po drodze zatrzymał się jeszcze na Dworcu Stadion, jak gdyby ktoś tam miał jeszcze wsiadać (a nie mógł, bo wszystkie miejsca były zajęte). W końcu jednak wyjechaliśmy poza granice miasta i ruszyliśmy już trochę szybszym tempem. Czas płynął pomału, zrobiło się ciemno, ludzie próbowali drzemać. Z tyłu siedziała ekipa spragnionych wrażeń Polaków, którzy dość głośno rozmawiali o tzw. dupie Marynie. Parę razy kierowca nawet interweniował, prosząc przez megafon o zachowanie spokoju umożliwiającego ludziom sen. Około północy dotarliśmy na granicę.  Odprawa przebiegła dość sprawnie i w niecałą godzinę byliśmy już po ukraińskiej stronie. Ekipa żądna wrażeń doszła do wniosku, że jest ostatni dzwonek by się trochę przespać i cały autobus zapadł w drzemkę. Do Lwowa dotarliśmy ok. godziny 6-tej miejscowego czasu (przesunięty o godzinę do przodu w stosunku do polskiego i prawie 2 godziny w stosunku do słonecznego).

Autobus w góry miał odjechać dopiero za 2 godziny z hakiem, mieliśmy więc trochę czasu na spacerek, poszukiwanie kibelka i czegoś do przegryzienia. Kupiliśmy od razu bilety powrotne do Warszawy, ekipa na 7-go, ja na 9-go. Zaplanowałem sobie bowiem wcześniej skorzystać z okazji, że przejeżdżam przez Lwów i zatrzymać się w tym mieście dodatkowo na 2 dni. Chciałem wcześniej zarezerwować sobie hotel z Polski, ale nie udało mi się dodzwonić. Zacząłem więc realizować plan alternatywny, czyli zakup startera sieci ukraińskiej. Wybrałem sieć life:) ze względu na taryfę, w której miały być bardzo tanie połączenia do Polski (poniżej 1 hrywny za minutę). Jak się okazało potem, pomimo informacji z systemu, że taka taryfa jest aktywna, system zjadał mi jakieś 5 hrywien za minutę. Teraz jednak zależało mi na tym, by dodzwonić się do hotelu, albo (wariant awaryjny) do kogoś z polonii (miałem kilka telefonów). Niestety, nie udało mi się dodzwonić na żaden z numerów, jakie miałem zapisane. Połączyłem się z konsultantem, aby wyjaśnić sytuację, ale on tylko zapewniał, że wszystko jest w porządku. Dopiero potem dowiedziałem się, że we Lwowie zmieniły się wszystkie numery stacjonarne, co wyjaśniało moje problemy z uzyskaniem połączenia.

Stwierdziłem jednak, że nie będzie tak źle i miejsce się jakoś znajdzie. Przeszedłem się na przydworcowy bazarek, gdzie kupiłem drożdżówkę w kształcie słoneczka – bardzo smaczną i sycącą. Autobus do Chustu był dosyć zatłoczony, a po drodze dosiadało się jeszcze więcej ludzi, którzy tłoczyli się na stojąco w przejściu. Nam jednak udało się usiąść i mogliśmy jeszcze zdrzemnąć się w drodze. A kiedy przejechaliśmy już Stryj, za oknem zaczął się powoli wyłaniać górski krajobraz. Za Dolyną zaczynały się już prawdziwe góry. Patrzyliśmy, jak autobus z trudem pełznie pod górę, gdy przekracza główny grzbiet Karpat na Przełęczy Wyszkowskiej. Dalej był Wyszków, wieś dość ciekawa, bo położona na przełęczy pomiędzy dwoma przełęczami: Wyszkowską i Toruńską. O ile w większości górskich wsi jedzie się do góryna dół, to stamtąd jechało się tylko do góry. Trochę dalej, w miejscowości Sojmy wsiadło do autobusu dwóch kolejnych uczestników naszej trasy – obaj z gitarami. Jak do tej pory to mój pierwszy wyjazd na Ukrainę z gitarzystami. Za Sojmami znajduje się miejscowość o dźwięcznej nazwie Miżhirja (Międzygórze), z której najczęściej wyruszają wycieczki na Borżawę i połoninę Kuk. Powstaje tam też sporo baz turystycznych. My jednak jechaliśmy trochę dalej, do miejscowości Niżny Bystryj, z zamiarem przemierzenia całego pasma z Kukiem i Borżawą. Po drodze widzieliśmy jeszcze dość ciekawy widok – bardzo długą rurę prowadzącą z grzbietu aż do podnóży. To elektrownia wodna wykorzystująca różnicę poziomów pomiędzy płynącymi równolegle rzekami po obu stronach grzbietu – Riki na dole i Terebli na górze (ponad 200 metrów). Woda wpada ze sztucznego zalewu na Terebli do podziemnej rury, która następnie wychodzi po drugiej stronie góry i schodzi do Riki. Tą rurę właśnie widzieliśmy z okien autobusu.

Wysiedliśmy na naszym przystanku i pomału ruszyliśmy w górę. Góry przywitały nas letnimi temperaturami, dość szybko więc zaszła potrzeba rozebrania się do lżejszych rzeczy. Mnie zaczęły dosyć ostro łzawić oczy. Nie wiem, czy to zasługa ostrego światła, czy pyłku brzóz, które rosły tu w dużych ilościach, ale nabrałem energii i przyspieszyłem krok, by jak najszyciej znaleźć się poza zasięgiem pyłków w reglu dolnym. Faktycznie po nabraniu wysokości problemy z oczami ustąpiły. Podejście było momentami dość strome i męczące, nachylenia stoku przekraczały 30 stopni (miejscami blisko 40 stopni). Jest to dosyć charakterystyczne dla ukraińskich Bieszczadów. Po nabraniu wysokości zatrzymaliśmy się na sympatycznie wyglądającej polanie. Kilka osób ruszyło w poszukiwaniu wody, a my czekaliśmy, czekaliśmy, czekaliśmy… Niestety w tej części Karpat problemy z wodą są dość typowe. Z racji budowy geologicznej gór źródła dość często wysychają pomiędzy opadami deszczów. Ekipa z wodą wróciła dopiero po paru godzinach. Okazało się, że musieli zejść prawie do doliny. Niestety, oznaczało to, że trzeba będzie wodą oszczędnie gospodarować i zamiast ryżu mieliśmy ziemniaki w proszku z torebki (tzw piura). Za to porcja mięska i sosu była w normalnym rozmiarze.

Dnia drugiego ugotowaliśmy herbatę z resztek wody i ruszyliśmy w dalszą drogę. Słońce ładnie grzało, trasa biegła grzbietem z dużą ilością prześwitów, więc widoki były bardzo ładne. Niestety taka pogoda oznacza też, że traci się sporo wody. Utrata wody wkrótce zaczęła się dawać nam we znaki. W każdym razie ja czułem, że nogami się rusza coraz trudniej, mimo że przebyta trasa nie uzasadniała takiego zmęczenia. Gdyby ktoś się chciał wybrać w te regiony, gorąco zachęcam do zabrania przynajmniej 2-ch butelek 1,5 litra na osobę. Kolejne półtora kilograma to ciężar nieznaczny w porównaniu z osłabieniem w wyniku utraty takiej samej ilości wody. Na szczęście około południa udało nam się znaleźć świetne miejsce, ze źródełkiem które przypominało mały potoczek. Mały wodospad był idealnym miejscem do nabierania wody. Wypiłem dwa kubki zimnej źródlanej wody i od razu poczułem, jak odzyskuję siły. Napełniliśmy butelki do pełna i ugotowaliśmy herbatę na ognisku. Wody w strumyku było na tyle, że można się było umyć w całości – z tym że przy użyciu kubka. Najdogodniejsze miejsce było przy wodospadziku. Jego jedyną wadą było to, że było dosyć na widoku. Zachciało mi się kombinować i zszedłem trochę niżej, czego potem żałowałem, bo wody nabierało sie ciężko, a wychodząc na brzeg można się było bardziej ubrudzić błotem niż się było wcześniej. Jednak najprostsze rozwiązania spisują się najlepiej.

Ruszyliśmy w dalszą drogę. Druga połowa dnia wyglądała podobnie jak pierwsza: słonecznie, ciepło i widokowo, z tym że mieliśmy wody pod dostatkiem. Pod wieczór zaczęło się trochę chmurzyć. Byliśmy już prawie pod wierzchołkiem połoniny Kuk. Miejsce na obóz znów znaleźliśmy bardzo dobre. Było tam źródełko z drewnianym kranem i korytkami do pojenia owiec, wodę nabierało się więc bardzo wygodnie. Trochę gorsze miejsce było dla biwakowania, bo jedynym w miarę równym miejscem była droga, a był to jednocześnie szlak, którym mogła spływać woda deszczowa. Jeszcze zanim poszliśmy spać zaczęło kropić. W nocy padało już mocniej, na szczęście jednak namiot nie przemókł, miejscami tylko zawilgotniała podłoga. Zrobiło się za to zimno i zaczął wiać zimny wiatr. Tej nocy się cieszyłem, że nic nie podkusiło mnie, aby wziąć lżejszy, letnio-jesienny śpiwór. Było mi trochę zimno w moim jesienno-zimowym syntetyku.

Trzeciego dnia z rana widok po otwarciu namiotu nie zachęcał do jego opuszczenia. Mgła, silny wiatr, deszcz i przenikające zimno. Jesienna plucha. Przechodziła pierwsza fala zimnego frontu. Przewodnicy sprawdzili prognozy (podobno w Krakowie spadł śnieg z deszczem) i ogłosili dzień wolny. Następnego dnia miało być słonecznie, a kolejny etap trasy miał być najbardziej widokowy. Cały dzień więc spędziliśmy trochę w namiotach gdy bardziej padało, trochę przy ognisku przy dźwięku gitar. Gitarzyści zabrali ze sobą komplet śpiewników, oprócz polskich górskich śpiewanek zawierający piosenki łemkowskie, ukraińskie i rosyjskie ballady. Gdyby nie oni, pewnie kisilibyśmy się w namiotach i nie wiedzieli, co ze sobą zrobić. Gitara i śpiewnik jest jednak świetnym wypełniaczem czasu w górach. Nawet jeśli komuś tak jak mi stado słoni nadepnęło na oba ucha i język, to można z przyjemnością posłuchać, jak śpiewają inni.

Kolejna noc była jeszcze chłodniejsza od poprzedniej. Tym razem wyciągnałem kolejny element mojego ekwipunku w postaci wkładki ocieplającej do śpiwora. Kolejne 200 gram, którego przestałem żałować. Podobnie jak termicznych kalesonków. Noc minęła dobrze, a kolejnego dnia, zgodnie z zapowiedziami, było słonecznie i temperatura zaczęła się dość szybko podnosić. Czwarty dzień to pogoda zdecydowanie letnia. Chłodny poranek, ale dzień bardzo ciepły. Na tyle ciepły, że dość szybko zmieniłem skarpety na lekkie i spodenki na krótkie. A widoki z połoniny Kuk były po prostu cudowne. W dolinie pod nami było jezioro chmur. Po drugiej stronie rozciągał się widok aż po horyzont, z górami Rumunii na ostatnim planie. Nic dziwnego, że przewodnicy postanowili przeczekać poprzedni dzień w namiotach. Wiele byśmy stracili, gdybyśmy pokonali ten odcinek w deszczu i mgle!

Wspominałem na początku, że punktem wypadowym lub końcowym większości wycieczek przechodzących Borżawą jest Miżhirje? Tego dnia po raz pierwszy spodkaliśmy innych turystów na szlaku! Przy przełęczy Pryslip (z charakterystycznym kamiennym krzyżem z nieczytelną inskrypcją) spotkaliśmy grupę ukraińskich turystów. Próbowali się dopytać o drogę, ale przewodnicy stwierdzili, że mają swoją mapę więc powinni sobie poradzić i odpowiedzieli, że nie wiedzą^^. W pobliżu przełęczy ugotowaliśmy wodę na herbatę i zjedliśmy drugie śniadanie kanapkowe (charakterystyczny element tego wyjazdu – około południa robiliśmy sobie drugą serię kanapek, a obiad z ryżem albo kaszą dopiero wieczorem). Po posiłku ruszyliśmy w dalszą drogę. Spotkaliśmy jeszcze jedną grupę, tym razem z Białorusi. Byli dosyć niezorganizowani, bo część grupy im się zawieruszyła gdzieś z tyłu. Rozblili się niedaleko miejsca spotkania, a my zeszliśmy trochę niżej, na małą łączkę przy źródełku. Źródełko było  dość dobrze ulokowane – za drzewami była mała zatoczka z kamieniami na brzegu, więc było to świetne miejsce do umycia się. Ja też się umyłem (wyjątkowo często, jak na wyjazd górski, ale przy każdym myciu zakładałem, że może to być ostatnia okazja, a we Lwowie może być problem z wodą). W międzyczasie wiatr zrobił się silniejszy i zaczęło się robić zimno. Okazało się, że zimny front jeszcze nie przeszedł, a poprzedniego dnia to była dopiero jego pierwsza fala. Druga nadchodziła teraz i przyniosła ze sobą ujemne temperatury. Na namiotach jeszcze wieczorem pojawił się szron. W nocy było naprawdę zimno. Po raz pierwszy oprócz długiej koszuli termicznej zmuszony byłem założyć polar. Pierwszy raz użyłem też magicznej folii srebrno-złotej, która miała ściągać energię z kosmosu i oddawać ją użytkownikowi. Mimo mojego sceptycyzmu, folia faktycznie trochę energii cieplnej odbijała. Rano namiot był pokryty lodem, a na trawie był śnieg.

Dzień piąty przyniósł zimową pogodę. Już po wyjściu z namiotu zimne powietrze sprawiło, że najchętniej wskoczylibyśmy z powrotem do śpiworów. To był jednak dopiero początek. W miarę jak zbliżaliśmy się do grzbietu, wiatr stawał się coraz silniejszy i coraz bardziej lodowaty. Padało coś pomiędzy śniegiem a małym gradem. Pożałowałem, że nie zabrałem rękawiczek narciarskich. Zamiast tego z trudem wepchnąłem rękowiczki polarowe do narzędziowych, które były w miarę wodo- i wiatroodporne. Pomimo tego czułem, jak ręce mi przemarzają. Na grzbiecie wiatr był na tyle silny, że momentami trzeba się było mocno pochylać aby go przeważyć. Kluczyliśmy trawersami, na których robiło się trochę znośniej. Przewodnicy w końcu jednak stwierdzili, że dalsza walka nie ma sensu, bo większośc osób nie jest wystarczająco przygotowana sprzętowo i kondycyjnie. Zmieniliśmy więc plany i zaczęliśmy schodzić w dół.

Zeszliśmy na dół do wsi Bukowiec. Trafiliśmy na skrzyżowanie obok cerkwi. Cerkiew była zamknięta (a widać było po oczach, że przewodnicy mają ochotę omówić ikonostas). Za to w pobliżu mieliśmy okazję obejrzeć dość oryginalną pralkę z napędem wodnym – woda z wodospadu wpadała prosto do drewnianej beczki z otworami, do której wrzucane były koce i inne większych rozmiarów tekstylia. Woda wpadając pod ciśnieniem powodowała, że wszystko w środku się kotłowało i czyściło z brudu. Niestety ze względu na znaczny rozmiar otworów urządzenie jest  nieprzydatne do prania skarpetek i innych drobiazgów. Kotów ani innych zwierząt domowych też się tam raczej czyścić nie da. Niemniej jednak czapki z głów przed inwencją twórców urządzenia.

Poszliśmy dalej przez wieś Izky i weszliśmy na mały szczyt z niewielką łączką na górze. Na tej łączce koło drogi rozbiliśmy namioty i rozpaliliśmy ognisko. Po wichurze nie było już śladu, niebo zrobiło się bezchmurne, a przed nami roztoczył się widok na Borżawę. Cóż, zrezygnowaliśmy z niej, a teraz się zaczęła z nas naśmiewać. Przy czym bezchmurne niebo nie było wcale dobrą wiadomością, bo oznaczało kolejną zimną noc. Szron na namiotach na samym początku nocy specjalnie nas już nie zaskoczył. Potem mogło już być tylko zimniej. Tym razem polar założyłem już przed wejściem do śpiwora, wychodząc z założenia, że będzie na tyle zimno. Było zimno nawet jeszcze bardziej. Woda w butelkach pozostawionych w przedsionku zamarzała. Nad ranem było przynajmniej -5.

Szóstego dnia nie miałem już ochoty, by zostać dłużej w śpiworze. Wręcz przeciwnie, zmarzłem w nim na tyle, że wyskoczyłem z niego szybko żeby się rozgrzać ruszając. Pogoda zachęcała do szybkiego wyruszenia. Tymczasem słońce zaczęło grzać i w efekcie dośc szybko zrobiło się w miarę ciepło. Pogodę tego dnia określiłbym jako wiosenną. Szliśmy dalej grzbietem wzniesienia, które na mojej mapie jest bezimienne. Zeszliśmy do wioski i ruszyliśmy na kolejne wzniesienie, którym przebiegała droga, na której panował podejrzanie duży jak na ten region ruch. Znaleźliśmy sobie przytulną polankę i zjedliśmy na niej drugie śniadanie. Potem przeszliśmy w pobliżu wioski, której mieszkańcy sadzili kartofle, zeszliśmy w dół do potoku i weszliśmy na grzbiet wododziałowy – dawną granicę zaborów czechosłowackiego i polskiego. Tym grzbietem przeszliśmy jeszcze kawałek, po drodze podziwiając m.in. widok na Czorną Ripę ze schroniskiem na szczycie. Znaleźliśmy sobie otoczoną lasem polankę koło źrodełka i rozbiliśmy się tam na nocleg. Znowu nie byliśmy jedynymi turystami w okolicy. Po szlaku na grzbiecie jeździły quady. Wieczorem znowu zrobiło się zimno, pomimo tego zdecydowałem się umyć (i słusznie, była to ostatnia okazja na tym wyjeździe). Źródełko świetnie nadawało się do mycia, bo przed zatoczką gdzie gromadziła się woda były kamienne schodki. Tym razem jednak nie dałem radę umyć się w całości – zmoczenie tułowia i głowy to już było dla mnie za dużo, morsem nie jestem. Jednak nawet częściowe umycie odświerza i rozgrzewa. Noc nie była taka zła.

Siódmego dnia pogoda wyglądała na wiosenną. Powietrze dość szybko się rozgrzało. Kontynuowaliśmy wędrówkę pasmem wododziałowym, a następnie z niego zeszliśmy w stronę wsi Terniawka. Przeszliśmy przez wieś i wspięliśmy się dość ostrym podejściem na położony za nią szczyt  (znowu niepodpisany na mojej mapie). Na tym szczycie zastaliśmy wielki plac budowy – ośrodka turystycznego z małym wyciągiem narciarskim.  Rozbiliśmy się za tym wyciągiem, na małej osłoniętej polance. Po wodę było niestety daleko (ale nie aż tak, jak na pierwszym noclegu). Niemniej jednak mieliśmy jej pod dostatkiem. Zaczęło się robić coraz zimniej i wszystko wskazywało na to, że będzie to najchłodniejsza noc. Przygotowując nocleg użyłem wszystkich posiadanych przeze mnie wynalazków. Na podłodze rozłożyłem magiczną folię, pod karimatę podłożyłem spodnie i kurtkę, na siebie nałożyłem bieliznę termiczną i polar, a do śpiwora włożyłem wkładkę docieplającą. Pomimo tego przenikliwy wiatr sprawił, że zerwałem się z zimna i przypomniałem sobie o jeszcze jednej rzeczy, której mogę użyć, czyli pelerynie przeciwdeszczowej. Owinąłem śpiwór tą peleryną, osłaniając się w ten sposób od wiatru i jakoś przespałem do rana. Świadomość, że to już ostatnia noc w górach i że zimniej już na tym wyjeździe nie będzie dodawała mi pozytywnej energii.

Ósmy dzień przywitał nas krajobrazem zimowym. Polana, drzewa i nasze namioty były pokryte śniegiem. Rozgrzaliśmy się herbatą i kanapkami i ruszyliśmy w dalszą drogę. Schodziliśmy ośnieżonym i śliskim szlakiem. W miarę jednak schodzenia w dół śniegu było coraz mniej i na dole nie było go już prawie wcale. W Śławsku obejrzeliśmy jeszcze cmentarz z ozdobionymi nagrobkami, na którym wyryte były wizerunki zmarłych na cały nagrobek, a także fragmenty wierszy narodowych poetów. Potem poszliśmy na stację kolejową. Akurat odjeżdżał ostatni przed wieczorem pociąg do Lwowa, więc szybko zajęliśmy w nim miejsca. W drodze jeszcze zdążyliśmy zjeść resztki jedzenia. Na dworcu we Lwowie pożegnałem się z ekipą i ruszyłem w poszukiwanie lokum. Ale mój pobyt we Lwowie to już osobna historia.

Po dłuższej przerwie ponownie ruszyłem w ukraińskie Karpaty z SKPB. Przyłączyłem się do trasy Jeszcze tyle się stanie prowadzonej przez Marka Króla i Juliusza Marszałka. Pierwszy raz jechałem z tymi przewodnikami, po szybkim spojrzeniu na listę odbiorców maila doszedłem też do wniosku, że prawdopodobnie nie znam też nikogo z tych uczestników. Jednak ludzi można szybko poznać (przynajmniej z wyglądu, bo niestety mam słabą pamięć do imion) a marka SKBP gwarantuje niezapomniane wrażenia i udany wyjazd.

 

Tags: