
Na długi weekend listopadowy (7-11 XI 2009) Mikołaj i Mister przygotowali wyjazd w Beskid Śląski i Żywiecki. Spotkaliśmy się na Dworcu Wschodnim w piątek o 23:40. Wycieczka miała być kameralna, ale na miejscu okazało się, że będzie nas jeszcze mniej, bo z przewodnikami tylko 6 osób. Wyjazd był typowo męski - na jedną kobietę przypadało 5 facetów (czyli jak łatwo policzyć, było nas 5 facetów i jedna kobieta).
PKP Intercity praktykuje od momentu przejęcia pociągów pospiesznych politykę stopniowego zakręcania śruby, tym razem nie załapaliśmy się na żadne ulgi. Tylko Marysia - bo tak miała na imię kobieca część naszej ekipy - kwalifikowała się jeszcze do ulgi studenckiej. Pociąg, mimo że był to pospieszny jadący z Gdyni, spóźnił się tylko 5 minut. Bez problemu zajęliśmy wolny przedział i mogliśmy kłaść się spać. W moim przypadku za dużo nie spałem, bo nie miałem powodu być po tygodniu w Warszawie niewyspanym, a po 4 rano trzeba się było już zbierać. O 4:40 nasz pociąg dojeżdżał do Katowic, gdzie przesiedliśmy się w pociąg osobowy do Zwardonia. Pociąg jechał trochę ponad 2 godziny, w sam raz na krótką drzemkę.
Dzień 1
Węgierska Górka przywitała nas całkiem przyjemną, bezdeszczową pogodą. Wycieczkę rozpoczęliśmy od uzupełnienia zapasów w sklepie spożywczym. Przechodząc przez wieś naszą uwagę przykuły napisy po słowacku na niektórych sklepach spożywczych oraz sklep jajczarsko-ciastkarski, którego połowę stanowiła kawiarenka z ciastkami, a druga połowa była wypełniona jajkami różnyc rozmiarów. Wieś Węgierska Górka była podczas kampanii wrześniowej 1939 areną zaciekłych walk, nie mogło więc na trasie naszej wycieczki zabraknąć miejsc związanych z tymi wydarzeniami. Naprzeciwko ujścia potoku Żabnica do Soły zatrzymaliśmy się na chwilę przy tablicy pamiątkowej ku czci majora Kazimierza Czarkowskiego, dowódcy batalionu KOP "Berezwecz". Następnym przystankiem był fort "Waligóra". Decyzja o jego budowie zapadła zbyt późno (24 czerwca 1939) i nie był on ukończony w momencie wybuchu wojny, niemniej jednak swoją rolę spełnił i jego załoga stawiała zaciekły opór wojskom wroga. Obecnie bunkier podupadł i stał się połączeniem śmietnika z meliną. Nie można jednak odmówić lokalnym bywalcom pewnej dyscypliny. Śmieci znajdowały się w kilku pomieszczeniach, a nie były równomiernie rozsypane po całym obiekcie, jak to na ogół we 'stolycy' bywa. Po krótkim postoju ruszyliśmy w dalszą drogę. Na drzewach i pod drzewami było pełno liści w kolorach żółtym, pomarańczowym i czerwonym. Początek dnia był mglisty, lecz wkrótce chmury uniosły się do góry, odsłaniając piękny krajobraz. Wierzchołki najwyższych szczytów pozostały skryte pod warstwą chmur. Gdy weszliśmy wyżej krajobraz zmienił się drastycznie. Zamiast kolorowych lasów po naszych bokach rozciągały się pnie po wyciętych drzewach, powyrywane z ziemi systemy korzeniowe i zwalone pnie. To odłożony w czasie na ponad stulecie efekt działalności człowieka. Wykarczowane lasy naturalne zostały zastąpione jednolitym lasem świerkowym. Świerk rośnie szybko a jego drewno jest bogate kalorycznie. W erze szybkiego rozwoju przemysłu potrzebującego ogromnych ilości opału drzewo to wydawało się idealnych wyborem. Niestety na tych wysokościach jednolity las świerkowy nie jest tworem naturalnym. W dodatku nasadzano głównie odmiany pochodzące z Austrii, mniej odporne na trudne warunki pogodowe. Las składający się ze świerków rosnących na nie przystosowanych dla nich podłożu, mało odporny na niskie wartości opadów, składający się w dodatku z drzew o porównywalnym wieku, po kilku latach suszy był mocno osłabiony. Stał się idealnym celem dla zmasowanego ataku kornika drukarza, który szczególnie lubi drzewa mające ok 100 lat. Szkodnik zastał idealne dla siebie warunki i błyskawicznie się rozprzestrzeniał. Zniszczone drzewa łatwo poddały się sile wiatru. Te, których wiatr nie wyrwał z korzeniami, zostały wycięte przez leśników, którzy zamierzają na tym terenie odbudować las o pierwotnym składzie.
W takiej to scenerii zatrzymaliśmy się na obiad. Po posiłku ruszyliśmy w dalszą drogę. Weszliśmy w strefę chmur. Widoczność spadła, zrobiło się zimno. Gdzieniegdzie leżały płaty śniegu. Wiał przenikliwy wiatr. Na wierzchołku Baraniej Góry, znajdującej się w strefie regla górnego, las świerkowy ocalał. Ponad wierzchołki drzew wystawała wieża widokowa, z której jednak w tych warunkach nie było widać więcej niż z ziemi. Było zimno, więc ruszyliśmy szybkim krokiem na dół, w stronę miejsca noclegowego. Zapadał zmrok, więc założyliśmy latarki. Naszym celem była chatka studencka w Pietraszonce. Budyneczek jest niewielki, ale całkiem przytulny, zwłaszcza gdy jest się w nim w kameralnym towarzystwie. W środku jest nawet łazienka z ciepłą wodą. Chatka leżąca w środku wsi jest jednak zbyt łatwo dostępna, by było tu łatwo o kameralność. Zastaliśmy tam sporą grupkę harcerzy i harcerek wieku nieletniego, okupujących ciżbą jadalnię. Mimo tłoku zastaliśmy jeden pokój wolny (w którym została ulokowana jeszcze jedna kilkuosobowa grupka wędrowców). Poszliśmy spać dość wcześnie, aby odespać noc w pociągu. Odespanie udało się w stopniu umiarkowanym, harcerze bowiem przez cały czas wydawali dźwięki nieproporcjonalnie głośnie w stosunku do swoich niewielkich wymiarów. Gdzieś po północy gry i zabawy zespołowe się zakończyły, zaczęło się natomiast indywidualne mycie, nie pozbawione przekrzykiwań i awantur w kolejce. Konkurencyjna wobec harcerzy grupka próbowała opanować ten zgiełk zagłuszając go grą na gitarze i śpiewem. W końcu jednak wszyscy poszli spać i nastał święty spokój.
 
Dzień 2
Wstaliśmy o 6-tej rano. Udaliśmy się do jadalni, aby zjeść śniadanie. Po nocnych harcach harcerzy przedstawiała ona obraz nędzy i rozpaczy. Wszędzie walały się resztki jedzenia, pozostawione na pastwę losu śpiewniki i pojedyncze kartki papieru. Nie zrażeni tym zjedliśmy spokojnie śniadanie. W tym czasie na dworze rozjaśniło się i wyszło słońce. Pełni energii wyszliśmy z chatki w czasie, gdy harcerze powoli budzili się ze snu. Słońce dodało nam mnóstwo energii. Kolorowe drzewa w jego porannych promieniach wyglądały szczególnie pięknie. Ruszyliśmy zielonym szlakiem w stronę Koniakowa. Po drodze minęliśmy otwarty szałas, w którego wnętrzu był kominek i ławy. Wyglądała ona jak sezonowy pub. Niestety o tej porze nie było tam żadnych trunków. Za to wkrótce dotarliśmy do widokowej polany, z której widać było nawet Małą i Wielką Fatrę. Zaolzie spowite było mgłami.
Zeszliśmy ze szlaku, przekroczyliśmy Olzę i wiejskimi drogami dotarliśmy do Koniakowa - stolicy koronkarstwa. Obejrzeliśmy przykłady tej twórczości w izbie regionalnej Gwarków, której najcenniejszym eksponatem jest niedokończona serweta robiona na zamówienie królowej angielskiej Elżbiety. Tworzenie dzieła przerwała śmierć jego autorki, Marii Gwarkowej. Oprócz tego znajduje się tam mnóstwo przykładów sztuki koronkarskiej: chusty, serwety itp. Można też tam po całkiem przystępnych cenach kupić serwety, ozdoby choinkowe i inne produkty. Największą popularnością cieszą się jednak koronkowe stringi. Ich cena jest bardzo niska w stosunku do nakładu pracy, jakie trzeba w ich produkcję włożyć. Ich zrobienie zajmuje cały dzień, a sprzedawane są za 30 złotych. Jednak dla tutejszej ludności nawet tak skromna suma to cenny dochód. Stringi oczarowały moich współuczestników wyprawy. W oczach co niektórych widać było chęć ich przymierzenia. Nie zdradzę, kogo najbardziej pociągały, powiem tylko, że nie była to Marysia.
Po tej fascynującej przygodzie intelektualnej ruszyliśmy w dalszą drogę minibusem, którego właścicielem był sąsiad pani Gwarkowej. Naszym celem była Rycerka Dolna. Po drodze zobaczyliśmy Tatry, minęliśmy też będącą w budowie trasę wiodącą na Słowację przez Zwardoń. Z Rycerki ruszyliśmy czarnym szlakiem w stronę pasma granicznego. Nasza droga wiodła przez Praszywkę Wielką (1043) (nie mylić z parszywką). Ta dosyć oryginalna nazwa szczytu pochodzi od rumuńskiego słowa prăşit oznaczającego orać. Według mapy drogę na szczyt pokrywają rozległe połoniny, a na samym wierzchołku jest wielka polana, z której roztacza się widok na wszystkie strony. Rzeczywistość wygląda nieco inaczej, zwłaszcza na samym szczycie, na którym znajduje się co najwyżej kępa trawy, a o malowniczym widoku na okolicę można sobie pomarzyć. Ewentualnie pomóc nieco marzeniom wspinając się na jakieś wysokie drzewo i nie spadając z niego przez jakiś czas.
Na stokach Praszywki na większej polance urządziliśmy sobie miejsce obiadowe. Po obiedzie ruszyliśmy dalej na Bendoszkę Wielką (1144) - największe wzniesienie masywu, do którego należy Praszywka. Na szczycie Bendoszki znajduje się metalowy krzyż wzniesiony we wrześniu 2000 z okazji jubileuszu 2000 ogłoszonego przez Kościół Katolicki. Krzyż będący najwyższym punktem na szczycie niewątpliwie w jakiś sposób zwiększa bezpieczeństwo zbłąkanych turystów podczas burzy, przyciągając pioruny. O jego walorach estetycznych ani o tym, czy łatwo jest na niego wejść i jaki widok rozciąga się z jego szczytu nie będę się wypowiadał. Na Bendoszkę dotarliśmy bowiem już po zmierzchu (chodzenie po ciemku jest nieodłącznym elementem wędrówek pieszych o tej porze roku). Z Bendoszki zeszliśmy prosto do schroniska PTTK na Przegibku.
Zaraz po wejściu do środka naszą uwagę przykuły mądrości ludowe wywieszone nad ladą. Bar jest idealnym miejscem do prezentacji poetyckiej twórczości różnej rangi. Na ogół znajdują się tam wierszyki mówiące, że alkohol szkodzi zdrowiu i powoduje impotencję, dlatego nie sprzedajemy go dzieciom i młodzieży do lat 18. W tym miejscu jednak była rymowanka przekonująca, że jeśli słyszyły gdzieś śpiew, to znaczy, że są tam dobrzy ludzie. Źli ludzie bowiem nie śpiewają nigdy. Nie dajcie się więc, przyjaciele zmylić pozorom. Jeśli zobaczycie maszerującą w waszą stronę grupę ogolonych na łyso młodzieńców w brunatnych koszulach śpiewających raźno 'Sieg Heil Viktoria' nie bójcie się - śpiewają, więc są dobrymi ludźmi.
W schronisku zajęliśmy mały pokój na półpiętrze. W cenę noclegu nie wchodziła wprawdzie pościel, ale najważniejsze elementy pościelowe, czyli poduszka, kołdra i koc znajdowały się na łóżkach w pokojach. Właściciel powiedział, że możemy korzystać ze wszystkiego, co znajduje się w naszym pokoju. Dodatkowa opłata należy się jedynie za poszewki, które, powiedzmy sobie szczerze, są tylko kwiatkiem do kożucha. Prawdziwy turysta takich rzeczy nie potrzebuje.
Obsługa schroniska zgodziła się nam wydać wrzątek do osmolonych na ognisku garów. Nie mieli żadnych zastrzeżeń, albo przynajmniej nie wyrazili ich na głos. Zjedliśmy przy stole na korytarzu kolację. Kolacja stała się okazją do ciekawych rozmów na różne tematy, w tym te z działki Mikołaja - ginekologii. Dowiedzieliśmy się między innymi, jaki jest idealny wiek na zajście w ciążę. Potem skorzystaliśmy z prysznica na parterze. W łazience było całkiem ciepło, woda też była ciepła. Schronisko było ogrzewane, więc nie potrzebowaliśmy śpiworów. Zamiast pocić się w śpiworze przeznaczonym do niższych temperatur, przykryłem się kocem i poszedłem spać.

Dzień 3
Trzeciego dnia naszego wyjazdu pogoda się popsuła. Od rana padał deszcz. Podnosiły nas na duchu prognozy mówiące o tym, że druga część dnia będzie pogodna. Zebraliśmy się, założyliśmy kurtki przeciwdeszczowe i ruszyliśmy czerwonym szlakiem w stronę Rycerzowej Wielkiej. Gdy dotarliśmy do bacówki PTTK na Rycerzowej, wstąpiliśmy do niej na chwilę, aby się trochę podsuszyć. Wewnątrz zastaliśmy ekipę, która podobnie jak my planowała udać się na Krawców Wierch, zmieniła jednak plany pod wpływem pogody na zewnątrz. Zamiast dziarsko w deszczu maszerować rozpoczęli z jeszcze większą energią śpiewać. Czynili to z dużo większym entuzjazmem niż towarzystwo z chatki z Pietraszówki. Ich repertuar był przy tym dużo bardziej klimatyczny. Śpiewali piosenki górkie godne prawdziwych wilków lądowych, a nie jakieś smętne szanty szczurów morskich! Jako prawdziwi, niezłomni turyści nie ulegliśmy jednak urokowi śpiewania przy gitarze. Piosenki są dobre, ale na wieczór. W dzień należy łoić. Wychodząć spotkaliśmy dziewczynę, którą widzieliśmy w schronisku pod Przegibkiem. Również wybierała się na Krawców Wierch, z tym że zamierzała najpierw trochę odpocząć w bacówce. Wędrowaliśmy zielonym szlakiem na Muńcuł. Na hali na Muńcole zatrzymaliśmy się na chwilę przy niedokończonym szałasie pasterskim. Chwilowo się rozpogodziło. Między chmurami dojrzeliśmy masyw Pilska, które miało być naszym celem następnego dnia. W drodze z Muńcuła do Ujsołów (sioła u ujścia do Soły) spotkaliśmy grupkę młodzieży trenujących biegi terenowe. Minęli nas dość szybko. Potem minęli nas jeszcze raz. Okazało się, że w międzyczasie się nieco zakręcili i pobiegli w niewłaściwą stronę. Skomentowaliśmy to między sobą nie bez pewnej uszczypliwości, że nie wystarczy mieć dużo w nogach, trzeba mieć też trochę w głowie.
Gdy doszliśmy do Ujsołów, przestało padać i nawet wyszło słońce. Prognozy pogody sprawdziły się. W Ujsołach zrobiliśmy zakupy i rozpaliliśmy ognisko nad strumieniem nieco powyżej zabudowań. W poprzednie dni jedliśmy makaron, tego dnia dla odmiany wypełniaczem były kluski śląskie ze smalcem. Posiłek był bardzo smaczny i pożywny. Ku naszemu zaskoczeniu po obiedzie Mikołaj powiedział nagle 'cześć', spakował się i opuścił nas. Wzywały go sprawy służbowe, przynajmniej taką wersję nam podał. W nieco pomniejszonym gronie ruszyliśmy drogą do wsi Glinka, a stamtąd żółtym szlakiem na Krawców Wierch. Wzdłuż szlaku rozmieszczone były stacje drogi krzyżowej, słabo jednak widoczne po zmroku (rzecz jasna, nie zapominajmy, że o tej porze roku zmrok zapada dość szybko).
Bacówka PTTK na Krawców Wierchu to całkiem przytulne schronisko mające bardzo miłych gospodarzy. Bacówka jest zasilana z generatora, więc w pokojach nie było światła, ale łazienka była oświetlona. Była też tam ciepła woda. Na miejscu spotkaliśmy naszą znajomą z poprzedniego schroniska, która dotarła tam znacznie przed nami. Nie było to trudne, bo szła bezpośrednią trasą, przez Soblówkę i nie rozpalała ogniska po drodze. Miłą niespodzianką było to, że zastaliśmy w schronisku wiszące plakaty kursu przewodnickiego SKPB. W schronisku było trochę chłodniej niż w poprzednim, ale w śpiworze było mi całkiem ciepło.
Dzień 4
Wstaliśmy z rana i udaliśmy się do jadalni. W planach mieliśmy przemarsz pasmem granicznym żółtym szlakiem na Trzy Kopce, a stamtąd czerwonym w stronę Pilska. Nasza znajoma z trasy wybierała się na Halę Boracza przez Rysiankę, więc część trasy prowadzącą żółtym szlakiem postanowiła przejść z nami. Podchodziliśmy pod górę, wkrótce w krajobrazie pojawiły się pojedyncze płaty śniegu. W czasie postoju minęła nas para turystów w czerwonych, sportowych gaciach biegnących z nartami. Podziwialiśmy ich kondycję - my wlekliśmy się powoli do góry, a oni biegli z lekkością. Uznaliśmy, że są Słowakami. Polacy są w górach z reguły bardziej ociężali. Na rozwidleniu szlaków na Trzech Kopcach pożegnalismy się z towarzyszką podróży i poszliśmy dalej wzdłuż granicy. Wkrótce weszliśmy w strefę śniegu, który zalegał solidną warstwą na całej szerokości. Tam też jeździli na nartach wspomniani Słowacy. Śnieg był stosunkowo płytki, więc szło się nam całkiem dobrze. Natomiast było zdecydowanie chłodniej i wiał silny, przenikliwy wiatr (grań). Stopniowo psuła się pogoda i zaczynał padać zimny deszcz. Wchodziliśmy w chmury i widoczność stawała się coraz mniejsza. Nie poddawaliśmy się jednak i szliśmy dzielnie na Pilsko. Na samym Pilsku było dość nieprzyjemnie. Cały czas zacinał deszcz, co w połączeniu z silnym wiatrem i niską temperaturą sprawiło, że byliśmy przemoknięci i zmarznięci. Doszliśmy do miejsca, w którym kończył się szlak. Sam wierzchołek znajdował się trochę dalej, w kosówce. Nie zdecydowaliśmy się przedzierać przez mokrą kosówkę dla tych paru metrów wysokości, aby jeszcze bardziej nie przemoknąć. Prawdę mówiąc przemoknięcie w większym stopniu w danej sytuacji było dosyć mało prawdopodobne. Kurtkom membranowym, czy tym bardziej gumowym pelerynom mokra kosówka jest niestraszna. Plecaki i spodnie i tak były nasiąknięte wodą, a w butach chlupotało. Fakt faktem, że taka ekspedycja nie dałaby nam również nic szczególnego. Widoki i tak były żadne.
Po bardzo krótkim postoju ruszyliśmy więc szybkim krokiem w drogę powrotną. Mieliśmy dwie alternatywy: nocleg na Hali Górowej w opuszczonej poza sezonem bacówce albo w schornisku na Rysiance. Schronisko jest osławione z powodu bardzo wysokich cen (nocleg kosztuje prawie 30zł), natomiast jest ogrzewane. Co gorsza, musielibyśmy tam wracać niehonorowo, tą samą trasą. Bezsporną zaletą bacówki jest bezpłatny nocleg, natomiast na pewno w taką pogodę nie byłoby tam ciepło i przytulnie. Rozpalenie ogniska po zmroku w mokrym śniegu też nie zalicza się do najprzyjemniejszych. Na razie jednak wróciliśmy się kawałek czerwonym szlakiem, szukając miejsca na obiad. Po posiłku mieliśmy postanowić, co dalej. Padało coraz mocniej i temperatura odczuwalna robiła się naprawdę niska. Dopóki szliśmy, nie czuliśmy tego, podobnie jak wilgoci i wody w butach. Wkrótce po zatrzymaniu się na postój zrobiło się nam naprawdę z zimna. Trzęsącymi się i skostniałymi palcami łamaliśmy mokre gałązki, które nie chciały się palić. Potrzeba ich było naprawdę wiele, aby wytworzyć żar, który zapalił większe gałęzie. Rozpalenie ogniska zajęło ponad godzinę, w czasie której mieliśmy ochotę rzucić to wszystko i pobiec dalej, byleby się tylko rozgrzać ruchem. Ogień dał trochę ciepła, ale mniej niż chodzenie z plecakiem. Cały czas lało, nie zdołał więc specjalnie nas osuszyć. O butach już nie wspomnę. Najlepszy efekt mogło dać wyżęcie skarpetek, o jakimkolwiek podsuszeniu w takich warunkach nie mogło być mowy. Przynajmniej nie mieliśmy problemów z podjęciem decyzji co do noclegu. Wybraliśmy rozwiązanie niehonorowe, czyli powrót tą samą trasą i nocleg w znanym z drakońskich cen schronisku.
Zapadł zmrok, była przy tym gęsta mgła, więc widoczność była nikła. Na drodze w śniegu było pełno kałuż. Prawdę mówiąc przestałem zwracać na nie jakąkolwiek uwagę. Co za różnica, czy wdepnie się w kałużę czy nie? To nie były potoki, w których można się było zapaść po kolana, więc najgorszą rzeczą, jaka mogła mnie spotkać, była wymiana lekko podgrzanej wody w bucie na świeżą, zimną. Jednak w czasie marszu stopy są rozgrzewane krwią płynąca przez nogi. Nogi w czasie chodzenia z plecakiem są jak mały silniczek, który skutecznie rozgrzewa całe ciało. Przestałem liczyć czas i byłem zaskoczony, gdy w pewnym momencie znalazłem się przy schronisku. Budynek w środku przypominał bardziej pensjonat albo dom wczasowy niż normalne schronisko. Obsługa również nie była zbyt pozytywnie nastawiona do prawdziwych turystów. Niezbyt przychylnie patrzyli się na wodę lejącą się ciurkiem z naszych plecaków, z wyraźną niechęcią spojrzeli się na gary, które daliśmy prosząc o napełnienie wrzątkiem.
Pełni sezonu jednak nie było i nie mieli tłoku, więc w sumie byli zadowoleni, że trafiło się choć 5 osób. Wynajęliśmy pokój na drugim piętrze i udaliśmy się tam z plecakami. W pokoju było bardzo ciepło. Była też pościel: poduszki, kołdry i koce. Koce się przydały, bo było zdecydowanie zbyt ciepło, aby spać pod śpiworem. Przynajmniej nasze rzeczy miały okazję trochę podeschnąć. Przez noc na kaloryferze wyschły nawet skarpetki.
Dzień 5
Tego dnia mieliśmy do przejścia krótką trasę. Wstaliśmy dosyć późno: była już prawie 8. Na dworze krajobraz zmienił się na zimowy. Prószył śnieg i wszędzie było biało. Demobilizacja ostatniego dnia sprawiła, że niektórzy guzdrali się do tego stopnia, że schronisko opuściliśmy dopiero o 10-tej. Poszliśmy żółtym szlakiem w stronę Romanki.
Dookoła był piękny zimowy krajobraz: droga i drzewa były okryte białym puchem. Warstwa śniegu była bardzo miękka i szło się bardzo przyjemnie. Z Romanki schodziliśmy dalej żółtym szlakiem. Po drodze zatrzymaliśmy się na posiłek. Wybraliśmy miejsce w pobliżu domu, który był w budowie. Robotników ani innych ludzi nie było ani śladu, a miejsce było bardzo dobre. W pobliżu było sporo ściętych gałęzi, a przy domu była studnia. Temperatura była lekko poniżej zera i powietrze było suche, w związku z czym było nam znacznie cieplej niż dnia poprzedniego. Drewno w okolicy było też bardziej suche, więc rozpalenie ogniska przyszło nam dużo łatwiej. Na obiad była potrawa o egzotycznej nazwie Tortellini. Wbrew pozorom, nie miała ona nic wspólnego z tortem. Były to tak naprawdę pierogi - z tym że bardzo małe. Posiłek był bardzo smaczny. Rozgrzaliśmy się też przy ognisku i pełni energii ruszyliśmy w dalszą drogę. Trasa biegła wzdłuż czerwonego szlaku przez wieś Abrahamów do Węgierskiej Górki. W miarę jak schodziliśmy w dół zimowy krajobraz ustąpił ponurej jesiennej plusze, podobnej do tej z dnia poprzedniego. Mokry, zimny deszcz, topniejący śnieg i kałuże na każdym kroku były naszymi towarzyszami aż do Węgierskiej Górki. Do drogi doszliśmy o godzinie 18. Przed nami było jeszcze kilka kilometrów asfaltem do stacji kolejowej. Mieliśmy szczęście, bo właśnie przejeżdżał bus, do którego się zapakowaliśmy. Za cenę 1,50 od łebka znaleźliśmy się po chwili przy stacji kolejowej. Stacja była zamknięta, więc żeby nie marznąć a przy tym się trochę posilić, rozglądaliśmy się za jakimś otwartym lokalem. Naprzeciw dworca znaleźliśmy naleśnikarnię, w której zamówiliśmy pyszne naleśniki. Polecam naleśniki ruskie z bekonem za jedyne 10 zł, to była naprawdę spora porcja, a bekonu w niej nie brakowało.
Powrót
Pociąg do Katowic odjeżdżał o 20.20. Stacja kolejowa była zamknięta. Mieliśmy po raz kolejny szczęście, że znaleźliśmy otwartą knajpę, bo czekanie na peronie nie należało do zbyt przyjemnych. Bilet kupiliśmy u konduktora. Tu dowiedzieliśmy się o promocji na przejazdy w pociągach osobowych, o której nie wspomniano nam na informacji w Warszawie. W tej promocji jedna osoba kupuje bilet normalny, a do trzech pozostałych ma zniżkę 30%. Jednak w kasach Intercity odmawiają sprzedawania biletów w tej promocji, uparcie zaprzeczając jej istnieniu. Wynika to z tego, że przy rozliczaniu się z przewozami regionalnymi mają prowizję procentową, więc w ich interesie jest, aby podróżny zapłacił jak najwięcej. W Katowicach mieliśmy około półtorej godziny oczekiwania na pociąg pospieszny do Warszawy. Siedliśmy w ponurej, pokrytej grzybem sali zwanej dumnie poczekiwalnią. Sam dworzec to ponura, zaniedbana budowla upstrzona budami ze wszystkim co się tylko da, łącznie z automatami do gier hazardowych. Na stacji w kasach Intercity panuje chaos jeszcze większy niż w Warszawie. Siedzą tam ludzie żyjący w alternatywnej rzeczywistości, nie wiedzący nic o świecie na zewnątrz. Zostaliśmy poinformowani, że do składu pociągu jadącego z Zakopanego nie będą doczepiane dodatkowe wagony. Na miejscu okazało się jednak, że wagony owszem będą doczepiane, z tym że musieliśmy ok 15 minut poczekać na peronie. Prawdę mówiąc bardziej na tym wyjeździe zmarzłem tylko w czasie rozpalania ogniska pod Pilskiem. Stanie w miejscu w wilgotnym i zimnym powietrzu w przemoczynych butach i mokrych spodniach odbiera dużo ciepła z organizmu.
Wagony w końcu doczepili i zajęliśmy przedział. Udało nam się zająć przedział, do którego nikt się potem nie dosiadł. W trakcie podróży do wagonu wsiadła banda kiboli, ktoś się awanturował, ktoś biletu nie miał i nie chciał wysiąść. Pociąg przez to stał ze 20 minut na jakiejś stacji - nie sprawdzałem jakiej. Do Warszawy dojechaliśmy z pewnym opóźnieniem, ale szczęśliwie. Na miejscu spotkaliśmy pechową wycieczkę z SKPB. Mieli jechać w Gorgany, ale w związku z epidemią hipochondrii na Ukrainie obawiali się zamknięcia w więzieniu (przez ogłupiałych ze strachu polityków zwanego kwarantanną), więc zmienili plany na Małą Fatrę. Koniec końców trafili w Beskid Żywiecki, ale nie mieli okazji się z nami tam spotkać.
Z peronu udałem się na przystanek autobusowy, skąd po około pół godziny oczekiwania odjechał mój autobus. W domu byłem przed 7-mą. Po kilkugodzinnym śnie zabrałem się do spisywania faktów, które posłużyły mi przy pisaniu tej relacji.
Kontakt z autorem: lechlukaszm -@- gmail.com
|