Strona główna > Relacje z wyjazdów > Relacje z rajdu Beskid Niski > Relacja z Rajdu Beskid Niski, trasa ?Bez przerwy, bez granic?

14

paź

2008

Relacja z Rajdu Beskid Niski, trasa ?Bez przerwy, bez granic?
Autor: Ola Popiołkiewicz   

Jak każdy rajd i ten rajd zaczął się w zatłoczonym pociągu. Podróż obfitowała w sytuacje tragikomiczne, a to dlatego, że PKP przeżywało swój coroczny szok związany z weekendem majowym i jak zawsze było nieprzygotowane na taki tłum pasażerów. Ale nic nie było w stanie popsuć nam humorów i szczęśliwie dotarliśmy do miejsca przeznaczenia: do Muszyny. Kiedy nasza liczna grupa (ok. 30 osób, a może i więcej? pamięć już trochę zawodzi...) już się zebrała, ruszyliśmy raźno w góry, kierunek - Kurcinska Magura.

Po około półgodzinnym marszu, kiedy znaleźliśmy się już w okolicy bardziej plenerowej, usiedliśmy sobie wszyscy w kręgu i każdy powiedział parę słów o sobie. Okazało się, że stanowimy grupę bardzo różnorodną, zarówno jeżeli chodzi o wiek jak i o kierunki studiów, a także regiony kraju, z których pochodzimy. W Beskidzie Niskim byłam po raz pierwszy i góry te urzekły mnie natychmiast: drogi wiodące bądź to przez łagodne pagórki, owiewane wiosennym wiatrem, strojne w majowe kwiaty i zioła, często z małą cerkiewką lub nielicznymi chatkami w tle, bądź to przez zadumany cichy las. Okolica dziwnie bezludna, a jednocześnie jakby pełna tajemnic z przeszłości. No cóż, bezludność okazała się złudzeniem, ponieważ kiedy dotarliśmy do miejsca naszego pierwszego noclegu, chatki "Pod Mincolem", okazało się, że bynajmniej nie jesteśmy w tych pięknych górach sami. Chatka "Pod Mincolem" jest niewielkim drewnianym domkiem z poddaszem, położonym dość urokliwie na polance wśród lasu. Domek ten wydał nam się z początku trochę za mały jak na naszą liczną grupę, ale okazało się, że nie doceniliśmy go: pomieściliśmy się tam nie tylko my, ale także dwudziestoosobowa (?) grupa studentów z Krakowa, która nadciągnęła z pół godziny po nas. Szybko rozwiali nasze złudzenia, że będą spać gdzie indziej i mieliśmy naprawdę przytulny nocleg.

Następnego dnia po śniadaniu ruszyliśmy w stronę "Mincoli". Pogoda była "górska": bardzo wiało, zwłaszcza na szczycie i troszkę siąpiło, ale co to dla nas, zbrojnych w peleryny, parasole, stuptuty i kto tam wie, co jeszcze! Niezrażeni szliśmy sobie dalej, a gdy zatrzymaliśmy się na obiad, najpierw panie, a potem panowie umyli się w pobliskim źródełku, często dokonując cudów akrobatyki (niełatwo umyć włosy w wodzie do kostek!) i tak wyświeżeni zabrali się do jedzenia (kasza gryczana + sos + kiełbaska - pycha).

Następny nocleg wypadł nam w wiosce, której nazwy już nie pamiętam, a miał on miejsce w stodole z siankiem. Tak jak poprzednio, musieliśmy się podzielić miejscem noclegowym, z tą drobną różnicą, że naszymi współlokatorami nie byli studenci z Krakowa, ale kilka sympatycznych krów i bardzo towarzyskich kur. Jedna z owych kur była na tyle towarzyska, że nie tylko zanocowała z nami, ale także rano bardzo poufale obudziła nas, nieomal włażąc jednemu z uczestników do śpiwora. Nieco później, o szóstej powtórną pobudkę zafundował nam kurant pobliskiej cerkwi, który o tejże godzinie, bardzo donośnie wygrał ni mniej, ni więcej jak cztery zwrotki pobożnej pieśni "Kiedy ranne wstają zorze". Po śniadaniu zwiedziliśmy ową cerkiewkę, po której oprowadził nas bardzo sympatyczny mieszkaniec wioski, opiekujący się zabytkiem z godnym podziwu oddaniem. I tak oto rozpoczął się ostani dzień naszej wędrówki, mający się zakończyć w Banicy na ześrodkowaniu.

Aleksandra Popiołkiewicz

wrzesień 2008

Link do trasy rajdowej Bez przerwy, bez granic: http://www.skpb.waw.pl/wyjazdy/beskid-niski/2008/trasy/751.html