Rodział I - ?????????
Nasza podróż rozpoczęła się w Warszawie, na Dworcu Zachodnim. Tam przy kasach spotkaliśmy naszych przewodników, Wojtka i Ewę. Rozsiedliśmy się w przedziałach, dbając o to, by było nam jak najwygodniej. Zatem nie pakowaliśmy się po 8 osób do przedziału, za to rzucone byle jak plecaki robiły sztuczny tłok. Zasłonięte firanki i zgaszone światła w przedziale również pełniły rolę linii ochronnej
... przed szukającymi sprawiedliwości społecznej turystami ("trzeba was ścieśnić")... Nasze działania chyba były skuteczne albo po prostu tłok w pociągu był niewielki, bo udało nam się w przyjemnej, kameralnej atmosferze dojechać do Łańcuta, gdzie niestety czekała nas przesiadka na pociąg do Przemyśla, na który musieliśmy swoje odczekać. Rozbawił nas niewypełniony szablon komunikatu o nadchodzącym pociągu ("pociąg wjeżdża na tor przy peronie"). Być może pociągi tam od czasu do czasu zatrzymują się na torze z dala od peronu albo nie przy peronie, ale np na trawniku... W Przemyślu długo nie zabawiliśmy. Zajętym przez nas w całości busikiem ruszyliśmy w stronę pieszego przejścia granicznego w Medyce/??????, przy okazji po raz kolejny uświadamiając sobie, jak bardzo różnimy się od reszty społeczeństwa, bowiem byliśmy jedynymi czekającymi w ogonku, którzy mieli duże plecaki. Cóż, od kiedy można przenieść do polski tylko 2 butelki wódki i 2 paczki papierosów, nic większego niż torebka damska stałym bywalcom nie jest potrzebne. Granicę przekroczyliśmy bez komplikacji. Dalsza droga też była prosta. Już przy wyjściu zza labiryntu barierek czekał pan, który od razu się zainteresował i zaoferował pomoc przy wezwaniu marszrutki (ukraińska ????????? jest odpowiednikiem naszego busika). Na kierowcę oczekiwaliśmy pod sklepem. Część osób udała się na zakupy. Choć sklep był dostosowany przede wszystkim do potrzeb osób opuszczających piękną ???????, można w nim było kupić słodycze, a nawet napoje bezalkoholowe. Wkrótce przyjechał nasz kierowca. ????????? okazała się dosyć mała, miejsce na plecaki było wyłącznie na podłodze. Po ich ułożeniu okazało się, że nazbierało się ich miejscami 3 warstwy i blokują skutecznie siedzenia. W efekcie większość z nas siedziała tudzież leżała na warstwie plecaków, z głową prawie dotykającą sufitu.
Droga od samego początku odpowiadała standardom ukraińskim. Nie brakowało więc dziur. W dodatku jakby same dziury nie wystarczały, gdzie niegdzie w pobliżu zabudowań ustawieni byli 'śpiący policjanci'. Uważając, by nasze głowy zachowały bezpieczną odległość od sufitu, aby nie uderzyć weń, gdy ????????? wesoło podskakiwała na wybojach, oddaliśmy się podziwianiu krajobrazów. Droga się dłużyła, szybkość jazdy kierowcy odpowiadała niemal europejskiej, doprowadzonej do granic absurdu koncepcji 'bezpiecznej prędkości'. Być może wynikało to z faktu, że wysłużone auto się już rozpadało...
Widoki za oknem powoli robiły się coraz bardziej monotonne. Pewnym urozmaiceniem były mijane przez nas miasta. Nasza trasa prowadziła przez Sambor (??????), Drohobycz (????????) i Dolinę (??????). Gdzieś przed Kałuszem (?????) skręciliśmy na drogę prowadzącą prosto w serce dzikich Gorganów (???????). Kierowca trochę pobłądził, lecz w końcu, wieczorową porą dojechaliśmy do będącej celem naszej podróży Osmołody (????????). Tu kierowca przyznał, że uśmiechnięty pan z granicy zrobił go zwyczajnie w jajo, zaniżając liczbę kilometrów, do przejechania... Ponieważ pośrednicy zgarniają większość zysku, a dla kierowcy i tak zostaje niewiele, przewodnicy dopłacili mu trochę ponad umówioną kwotę na gaz (będący podstawowym paliwem samochodowym na Ukrainie). Kierowca odjechał, a nasza przygoda się dopiero zaczynała...
Rozdział II ???????
8, sobota sierpnia Zbliżał się już wieczór, a my wciąż staliśmy u podnóża grzbietu Arszycy, w pobliżu zabudowań. Nie było innego wyboru, trzeba się ruszać w góry. Przed nami rozciągała się ścieżka służąca do zwózki drewna. Udaliśmy się nią w celu znalezienia miejsca noclegowego. Po dość długiej podróży byliśmy trochę głodni, więc najpierw postanowiliśmy zrobić obiadek. Gdy napotkaliśmy strumyk, który przecinał naszą drogę, odbiliśmy nim nieco w bok i tam, pomiędzy drzewami rozpaliliśmy ognisko. Rozłożyliśmy się przy nim, gotowaliśmy obiadek i niespiesznie konsumowaliśmy. Dopiero po napełnieniu brzuchów zaczęliśmy się zastanawiać bliżej nad tym, która właściwie jest godzina. Te rozważania i tak co najwyżej posłużyły do zaspokojenia naszej ciekawości. Nasze miejsce obiadowe stanowczo nie nadawało się na nocleg - nie było tam wystarczająco miejsca na namioty i było za blisko drogi. Na drodze tym bardziej nie mogliśmy się rozłożyć. Było oczywiste, że nocleg znajdziemy dopiero na górze, wysoko ponad drogą. Ruszyliśmy więc dalej.
Zrobiło się już ciemno - przewodnicy zadecydowali, iż jest już zbyt późno, żeby dalej szukać sprzyjającej drogi pod górę. Z tego powodu wybraliśmy tą niesprzyjającą. Było dosyć stromo, nachylenie miejscami przekraczało 60 stopni, więc kto miał kije trekkingowe, wciągał się przy ich pomocy. Szliśmy za światłami czołówek i głosami osób idących przed nami. Na szczęście przewodnikom udało się znaleźć ładną polankę na rozbicie namiotów (wierzyliśmy im na słowo, dopiero rano, gdy zaświeciło słońce, przekonaliśmy się, że to faktycznie była polanka). Mimo, że trasa tego dnia była naprawdę krótka, za sprawą ostrego podejścia i 'szoku dnia pierwszego' wydał się on nam dość męczący. Brakowało nam jeszcze punktu odniesienia... 
9, niedziela sierpnia Miłe złego początki. Po wyjściu z namiotu czekała mnie miła niespodzianka - namiot rozbiliśmy wśród malin. Maliny były soczyste i słodkie. Było ich tam naprawdę całkiem sporo! Pozostali uczestnicy nie wykazali jednak nimi zainteresowania, wychodząc z całkiem słusznego skądinąd założenia, że najważniejsze są kanapki, bo na kanapkach jest mięso.
Po śniadaniu ruszyliśmy w drogę. Szliśmy ścieżką, która przecinała naszą noclegową polankę. Przez pewien czas trasa wyglądała tak, jakbyśmy szli po Beskidach.
Ale nie po to tu przecież przyjechaliśmy! Niedaleko czekała na nas Ona. Zielona dżungla. Zielona ściana kosówki nie pozostawiała złudzeń. Tam nie ma żadnej ścieżki. A skoro jej nie ma to trzeba ją zwyczajnie wydeptać. Ruszyliśmy żwawo do przodu, odgarniając gałęzie rękami i przydeptując krzewy do ziemi. Osób będących kilka metrów przed nami już nie widzieliśmy. Widać było jedynie falowanie kosówki. Słyszeliśmy także trzask łamanych konarów i od czasu do czasu jęki próbujących się wygrzebać po upadku w zielony gąszcz. Tak miały wyglądać nasze najbliższe trzy dni. Na szczęście naszą trasę nieco urozmaicały kolejne polanki i... niezliczone gorgany.
 Chwilkę poświęcę gorganowi, od którego wzięło nazwę to pasmo górskie. Gorgan to po prostu rumowisko skalne, jakie tworzy się na ogół na nie porośniętej kosówką grani bądź wierzchołku. Tworzą kamienie o różnej wielkości, mniej lub bardziej ruszające się pod ciężarem stąpającego. Tu trzeba uważać na każdy krok i przed przeniesieniem ciężaru na drugą nogę upewnić się, że kamień nie osunie się pod naszym ciężarem. Niektóre kamienie to całkiem spore głazy, co zmusza do stawiania dużych kroków. Gorgany są niebezpieczne, lecz przynajmniej roztacza się z nich widok. Dalszy lub bliższy, ale jednak widok. Widać coś więcej, niż tylko pokryte igłami gałęzie.
Kolejną miłą odmianę napotkaliśmy późnym popołudniem. Była to polanka, w pobliżu której znajdowało się malutkie źródełko. Rozłożyliśmy się tam i ugotowaliśmy obiad na ognisku. Potem poszliśmy się myć, co trwało bardzo długo, woda bowiem ciekła wąską strużką. Należało cierpliwie czekać, aż menażka napełni się wodą, nie było więc możliwości, by kilka osób mogło korzystać z niego jednocześnie.
W końcu ruszyliśmy dalej. Polanka szybko skończyła się i zaczął się las. Las też się szybko skończył i zaczęła się znowu kosówka. Przewodnicy postanowili, że rozbijemy się w pierwszym sensownym miejscu. Nie zdążyło się jeszcze bardzo ściemnić, gdy znaleźliśmy nocleg. Była to kolejna polanka, z której w dodatku rozciągał się widok na góry. Tu mogliśmy się przekonać, jakie jest prawdziwe dzikie piękno Gorganów. Przed nami ciągnęły się ciemne pasma gór. Tylko w jednym miejscu, gdzie w oddali widać było słabe światła Doliny (prawdopodobnie). Tutaj można poznać prawdziwą samotność, a zarazem wolność. Strefa osobista rozciąga się aż po horyzont. Czuliśmy, że jesteśmy jedynymi ludźmi, jacy widzą światło naszego ognia. W końcu poszliśmy spać.
10, poniedziałek sierpnia Dzień drugi w kosówce Rano wstaliśmy pełni sił do zmagań z roślinnością. Co niektórzy mieli nadzieje, że kosówki będzie mniej, niż dnia poprzedniego albo przynajmniej jakimś cudem trafimy na jakąś ścieżkę.
 Zanim jednak ruszyliśmy, musieliśmy przemyśleć starannie, jak się spakować do plecaka. Wszystko, co wystawało poza linię plecaka, jak np. karimata, poddawało się niszczącej sile wszędobylskiego iglaka. Niejedna karimata była w strzępach. Ci, którzy mieli najnowocześniejsze modele plecaków, pozwalające na troczenie karimaty w pionie, byli w najlepszej sytuacji. Gorzej mieli posiadacze nieco starszych plecaków, umożliwiających jedynie troczenie w poziomie. W takiej sytuacji byłem między innymi ja. Nie wierzyłem, że uda mi się zmieścić karimatę w plecaku, zdecydowałem się więc pozostawić ją na zewnątrz, próbując ją ochronić jedynie pożyczonym pokrowcem. Początek trasy dał nam pewne nadzieje. Szliśmy przez lasek iglasty, w którym na naszej drodze leżało mnóstwo zwalonych pni.
Mimo, że nie szło się najlepiej, była to zdecydowanie miła odmiana po kosówce. Niestety, wszystko dobre co się szybko kończy, więc już niedługo, po drugiej stronie wzniesienia, napotkaliśmy znowu Ją. Kilka słów poświęcę przechodzeniu przez kosówkę. Najbardziej intuicyjna i najprostsza strategia, znana z pokonywania zwykłego leśnego krzala to tratowanie. Ruszamy z całym impetem, ręce przy sobie i tratujemy z całym impetem. Na małą kosówkę to jeszcze działa. Ta wysoka, z jaką mieliśmy do czynienia przez cały pierwszy i drugi dzień, przed taką techniką się potrafi nadzwyczaj skutecznie bronić i człowiek odbija się od zielonej, elastycznej ściany niczym piłka.  Drugi ze sposobów to odgarnianie gałęzi. Jest to metoda szczególnie skuteczna, gdy uda nam się znaleźć fragment terenu, gdzie po ziemi nie wiją się konary kosówki. Wystarczy odgarniać gałęzie rękami i uważać, gdzie się stawia nogi, aby się nie przewrócić. Cóż, w praktyce nie jest to takie łatwe. Gałęzie są dosyć ciężkie i mocno sprężynują. Trzeba uważać w momencie puszczania gałęzi, aby nie wyłamały one palców ze stawów. Ręce również się szybko męczą. Jestem osobą nie pracującą fizycznie, góry bardzo wzmacniają nogi, ale ręce pozostają znacznie słabsze. W kosówce musiały one pracować bardzo intensywnie.
 Trzeci sposób to wydeptywanie sobie drogi przez kosówkę. Miejscami konary kosówki wiją się wszędzie po ziemi i jedynym sposobem na jej pokonanie jest chodzenie po jej gałęziach. Jeśli gałąź za mocno trzyma się pionu, można ją dopchnąć rękami. Jest to metoda szczególnie skuteczna, gdy idzie się grupą. Osoba idąca przodem zdejmuje nogę z gałęzi dopiero gdy osoba idąca za nią zdąży ją przydepnąć. Zaletą tej metody jest to, że osoby idące na końcu idą już utorowaną ścieżką i mają zdecydowanie łatwiej. Jednak zdeptanie świeżej kosówki nie jest łatwe, więc najlepiej przodem puścić najsilniejsze i najmasywniejsze osoby.
 Tego dnia wędrowaliśmy grzbietem Arszycy, porośniętym w całości kosówką, za wyjątkiem nielicznych gorganów w okolicach wierzchołków. Nie było polanek, trafiały się jednak fragmenty kosówki wypalone uderzeniami piorunów (musi być tam bardzo wesoło podczas burzy, niezapomnianych wrażeń musi zwłaszcza dostarczać ucieczka w dół przez kosówkę, której gęstwina jest znacznie silniejsza niż siły grawitacji). Na jednej z takich wypaleniskowych polanek rozpaliliśmy ognisko pod obiad. Jako paliwo służyły jedynie niewypalone pozostałości trafionej piorunem kosówki, ale to wystarczyło. Większym problemem była woda, bo w Gorganach nie jest łatwo o źródło. Musieliśmy zadowolić się tym, co nieśliśmy ze sobą. Po obiedzie ruszyliśmy dalej.
Gdy zbliżał się wieczór, w grupie pojawiło wyraźnie wyczuwalne poddenerwowanie. Niektórym powoli puszczały nerwy. Przeprawa przez kosówkę była bardzo męcząca, balansując na gałęziach z ciężkim plecakiem bardzo łatwo jest stracić równowagę. Wiele osób upadało tego dnia po kilkanaście albo i więcej razy. Upadki pozostawiały ślady w postaci podłużnych siniaków na nogach, wyglądających jak uderzenia kijem. Niektórzy z nas wyglądali, jak ofiary neonazistów albo przemocy domowej. W dodatku przewodnicy stwierdzili, że nie mają pojęcia, kiedy kosówka się skończy. Robili przy tym dobrą minę, zachęcając nas, byśmy cieszyli się wakacjami. Hordy gryzących muszek atakowały nas, kiedy tylko zatrzymywaliśmy się albo zwalnialiśmy kroku. Wyglądające niewinnie maleństwa potrafiły nawet przez warstwę włosów dotrzeć do skóry. Byliśmy poobijani i swędziały nas wszystkie odkryte części ciała. Prawdę mówiąc i tak byliśmy w dobrej sytuacji. Podczas naszych rozmów zaczęły krążyć mrożące krew w żyłach opowieści o wężu, jaki wgryzł się w oko jednemu ze znajomych. Szczęśliwie była to mała sztuka, więc było co ratować. Większy mógłby połknąć całe oko, w zależności od swojej okazałości samo lub razem z resztą głowy.
Perspektywa marszu przez kosówkę po zmroku bynajmniej nie przyczyniała się do wzrostu morale. Jedno było pewne: nikt się nie zbuntuje i nie opuści grupy - nie ma żadnej drogi ucieczki. Wszędzie dookoła panoszyła się zielona, iglasta dżungla. Za sobą mieliśmy ponad połowę grzbietu Arszycy. Najlepsze, co można było zrobić, ruszyć dalej do przodu.
Kolejne miejsce noclegowe nie było szczytem, marzeń, ale nikt się nie skarżył. Było gdzie rozbić namioty i rozpalić ognisko, a to było najważniejsze. Ponieważ kilka uczestniczek skarżyło się na to, że nie mogły w poprzednie noce spać z zimna, Wojtek doradził połączenie śpiworów zamkami. Mimo początkowych oporów, zdecydowały się na to rozwiązanie. Dodatkowe źródło ciepła bardzo dużo daje, nawet jeśli śpiwór jest zbyt cienki. Wymaga odpowiedniego nastawienia psychicznego, ale dwie noce spędzone na trzęsieniu się z zimna są dość skutecznym środkiem motywującym, by otworzyć swój umysł na nowe możliwości ogrzania się.
11, wtorek sierpnia Koniec kosówki Tego dnia pokonywaliśmy końcowy odcinek grzbietu Arszycy. Mieliśmy nadzieję, że za kolejnym jej wzniesieniem nie będzie kosówki, jednakże nasze nadzieje okazywały się bezpodstawne. Mimo wszystko, kosówka stawała się powoli mniejsza, po południu szliśmy już przez krzaki na tyle małe, że nasze głowy wystawały ponad gałęzie i wreszcie było widać coś więcej niż tylko plecy idących przed nami. Widok w większości nie był zbyt imponujący: pole kosówki, ciągnące się gdzie tylko wzrokiem sięgnąć. Miało to swoje minusy: nie mieliśmy nawet złudzeń, że kosówka się zaraz skończy. Zresztą po poprzednich dniach nadziei nie było w nas już zbyt wiele.
W pobliżu kolejnego wzniesienia trafiliśmy wreszcie na ślady człowieka. Ślady te miały postać szczątków samolotu, jaki rozbił się tu wiele lat temu. Leżały tu od lat. Z jednej strony mało kto się tu zapuszcza, z drugiej zaś nawet jeśli ktoś tu dojdzie, nie będzie mu się chciało tachać żelastwa przez kosówkę. Z żalem ruszyliśmy dalej, bo pamiątka na pewno by była pierwszej klasy (o ile pozwolili by nam te szczątki wywieźć przez granicę).
W końcu spełniły się nasze marzenia! Znaleźliśmy się na szczycie Gorganu Ilemskiego, na który dochodził szlak turystyczny! A tam, gdzie jest szlak, jest co najmniej ścieżka.
Wprawdzie przewodnicy starali się nieco opanować nasz entuzjazm, nie wiadomo było bowiem, czy ten szlak prowadzi tam, gdzie chcieliśmy dojść, jedno jednak było pewne: po drugiej stronie szczytu nie było widać kosówki! Zapadł już zmrok i musieliśmy zapalić czołówki, ale nie przeszkadzało nam to wcale, ponieważ teraz maszerowanie stało się prawdziwą przyjemnością.
Po około godzinie marszu znaleźliśmy rozległą polanę, na której był nawet szałas z daszkiem z gałęzi - przeciekał, ale ułatwił rozpalenie ogniska (zaczynało padać). Przy jednym z drzew w lesie znaleźliśmy pozostałość po imprezie - 16 butelek po wódce (czyli nocowała tu przed nami grupa o porównywalnej wielkości). Ogrzaliśmy się w cieple ogniska w którym wesoło skwierczały palone puszki i poszliśmy spać. Pewien etap naszej podróży się zakończył.
Rozdział III ??????
12, środa Tego dnia opuszczaliśmy Gorgany, by udać się w stronę połoniny Czarnej Rzepy (????? ????). Ewa i Wojtek z bólem zrezygnowali z planów zdobycia Jajka Iłemskiego (???? ????????). Musieliśmy jednak tak postąpić, ponieważ przejście grzbietu Arszycy (?????? ??????) zajęło nam znacznie więcej czasu, niż to było zaplanowane. Dla Wojtka Jajko okazało się wyjątkowo pechową górą - po raz trzeci nie udało mu się go zdobyć. Być może kolejnym razem rozpocznie wyprawę od niego... Trasa była dosyć łatwa, bo prowadziła wydeptaną ścieżką przez las iglasty. Według mapy mieliśmy przejść koło większego potoku - a to oznaczało kąpiel z prawdziwego zdarzenia!
Po południu dotarliśmy do rzeczki ?????. Rzeczka była dosyć szeroka, i miejscami na tyle głęboka, że można się było w całości zanurzyć (co prawda wymagało to położenia się, ale nikt z nas nie narzekał, że chciałby więcej). W dodatku wody było na tyle, że wszyscy mogliśmy się wykąpać jednocześnie, co niezwłocznie uczyniliśmy. Nie przejmowaliśmy się przy tym siedzącymi na drugim brzegu ludźmi, którzy prawdę mówiąc również nie zdradzali większego zainteresowania, co pozwoliło na bezstresowe dokonanie zabiegów pielęgnacyjnych. Po kąpieli ruszyliśmy dalej. Niedaleko od naszego kąpieliska zaczynała się droga i zabudowania należące do wioski ????????. Niestety, przed samym wyjściem z lasu jedna z naszych Goś uległa częściowemu uszkodzeniu - skręciła sobie nogę w kostce. Powrót tego samego dnia już w grę nie wchodził, musiała więc jakoś dotrzeć razem z nami do miejsca noclegu. Aby ułatwić jej to zadanie, nieśliśmy jej plecak.
Naszym celem był leżący u podnóża Czarnej Rzepy ??????. Według oryginalnego planu mieliśmy zejść do niego bezpośrednio z Jajka Iłemskiego. Wskutek zmiany planów byliśmy jednak spory kawałek od niego. Z powodu kulejącą koleżankę, chętnie skorzystaliśmy z oferty podwiezienia kierowcy busika, który zatrzymał się na nasz widok (dla wielu kierowców na Ukrainie jest to okazja dodatkowego zarobku, którym mało kto pogardzi, więc tam taksówką może być dowolny samochód, jaki uda nam się zatrzymać). Podróż z tym panem była całkiem przyjemna i dostarczająca niezapomnianych wrażeń. Z głośników leciały ukraińskie przeboje. Przekonaliśmy się też, że można pić piwo w trakcie jazdy, nie patrząc w tym czasie na drogę, w dodatku jadąc lewym pasem. Ukraiński kierowca potrafi.
W ??????? zjedliśmy ciepły posiłek w lokalnej knajpce. Dziewczyny pogawędziły trochę z siedzącymi tam kierowcami, którzy opowiadali o swoich podróżach do Polski, gdzie jeździli z jakimś towarem. Podczas rozmowy przy posiłku, za sprawą naszej koleżanki Oli, rozmowa zeszła na temat dramatycznych procesów zachodzących we współczesnej polszczyźnie. Mianowicie, pod wpływem języków barbarzyńskich, stopniowo zanika użycie wołacza. Aby powstrzymać ten dramatyczny proces, za sprawą którego nasza komunikacja w ciągu kilku pokoleń może cofnąć się do etapu pohukiwania, postanowiliśmy założyć Stowarzyszenie Obrońców Wołacza. Tymczasem ruszyło się ciemno, czas więc było pomyśleć o rzeczach bardziej przyziemnych i doraźnych. Ruszyliśmy w drogę przez wieś szukając jakiegoś miejsca na rozbicie namiotów. Skręciliśmy w polną drogę prowadzącą pośród pastwisk. Wskutek sporych opadów deszczu zmieniła się ona w małą rzeczkę, więc najlepszym pomysłem na jej sforsowanie była zmiana butów na sandałki. Jest to najbardziej odporne na wodę obuwie. Przemakają wprawdzie dość szybko, ale za to bardzo szybko schną.
Znaleźliśmy małą polankę nad strumieniem. Była miejscami podmokła, ale znalazło się kilka suchych miejsc na rozbicie namiotu. Niektóre z namiotów stanęły nad samym brzegiem strumienia. Naciągnięcie linek w takich warunkach jest cokolwiek utrudnione, ale od czego ma się pomysłowego przewodnika. Część linek uwiązaliśmy do gałęzi rosnących na brzegu krzaków.
Rozdział IV ????? ????
13, czwartek Tego dnia Gosia podjęła decyzję, że nie jest w stanie kontynuować wycieczki. Razem z nią postanowiła wrócić druga Gosia. Zatem nasz skład osobowy zmniejszył się o dwie osoby. Czekał nas powrót tą samą polną dróżką, którą wczoraj szliśmy. Nadal pełniła rolę rzeczki, w dodatku jeszcze bardziej mętnej niż dnia poprzedniego, bo przed nami jechała ciężarówka z drewnem.
 Tutaj muszę ostrzec wszystkich turystów: Ukraińcy potrafią być bardzo uprzejmi, ale nie zawsze jest rzeczą rozsądną korzystanie z tej uprzejmości. Kierowca ciężarówki zaoferował dwóm dziewczynom podwiezienia. Zaprosił, żeby siąść z tyłu przyczepy, jednak one, widząc chwiejące się pnie drzew, nie zdecydowały się. Chwilę później kilka pni spadło z tej przyczepy. Koleżanki się bardzo cieszyły, że nie straciły w tej sytuacji głowy. Kilkutonowy pień drzewa mógłby bowiem bez problemu spadając z przyczepy głowę urwać. Poszliśmy dalej w stronę wioski ???????. Zrobiliśmy sobie tam przy sklepie dłuższy postój, w czasie którego zjadaliśmy pozostałości zapasów i delektowaliśmy się nowo kupionymi smakołykami, w tym kwasem chlebowym.  Następnie poszliśmy dalej drogą szukając ścieżki prowadzącej na Czarną Rzepę. Kiedy już ruszyliśmy pod górę, nie zdążyliśmy zajść daleko. Nadeszły ciemne chmury - zaczęło padać. Wojtek przyjrzał się chmurom i stwierdził, że rozbijamy tutaj namioty i czekamy, aż przestanie padać. W efekcie cały dzień spędziliśmy na górskiej łączce, na której pasły się krowy i cielak.
Cielak w pewnym momencie zaczął biegać między namiotami i zerwał kilka linek, ale potem się uspokoił. Dzień nam minął na integrowaniu się w namiocie. W sumie zasłużyliśmy na odpoczynek po walce z kosodrzewiną, a po skróceniu trasy nie musieliśmy się już nigdzie spieszyć.
14, piątek Następnego dnia się rozpogodziło. Ruszyliśmy dalej i niedługo znaleźliśmy się na połoninie. Była to wspaniała odmiana po kosówce - szliśmy, a cały czas dookoła rozpościerały się widoki na okoliczne pasma górskie.
 Na końcu połoniny stało schronisko, wokół którego kręciło się mnóstwo ludzi. Przyczyna tej niezwykłej popularności tego miesta znajdowała się nieco dalej - był to wyciąg krzesełkowy. Rozsiedliśmy się przy stoliku koło schroniska i zaczęliśmy robić kanapki, obserwując ludzi dookoła. Wyróżnialiśmy się znacznie na ich tle ubiorem i ekwipunkiem. Może warto czasem zabrać w góry jedną parę dresów, aby po dotarciu do cywilizacji nie wyróżniać się aż tak bardzo... Z połoniny zeszliśmy w dół mało uczęszczaną ścieżką. Już na dole odkryliśmy polanę pełną jeżyn, które zatrzymały nas na pewien czas.
 Idąc dalej doszliśmy do wsi. Zaczęliśmy szukać jakiegoś ustronnego miejsca do rozbicia namiotów. Poszliśmy wzdłuż strumienia i rozbiliśmy się na małej łączce. Korzystając z bliskości wody umyliśmy się - w końcu następnego dnia mieliśmy zwiedzać Lwów.
Rozdział V ????? Rano udaliśmy się do miejscowości ????????, skąd pojechaliśmy pociągiem do Lwowa. Po przyjeździe do Lwowa udaliśmy się bezpośrednio do miejsca naszego noclegu, do Pani Stefanii, Polki mieszkającej na ulicy Teatralnej, naprzeciw Katedry Łacińskiej, dla której (podobnie jak dla wielu innych Polaków mieszkających we Lwowie) oferowanie noclegu turystom jest ważnym źródłem dochodu. Po zostawieniu bagaży udaliśmy się na miasto na obiad, potem mieliśmy trochę wolnego czasu (udałem się do słynnych księgarni przy Placu Mickiewicza, które, niestety, wszystkie w soboty są otwarte tylko do godziny 16). Nasza gospodyni zaprosiła nas do wizyty w znajdującej się po przeciwnej stronie ulicy Katedrze Łacińskiej, zwłaszcza że było to święto kościelne. Woleliśmy jednak świętować w inny sposób. Wieczorem razem udaliśmy się na Zamkową Górę - najwyższe wzniesienie całego Roztocza. Zdążyliśmy w sam raz przed zmierzchem, by jeszcze przez chwilę móc podziwiać panoramę Lwowa, po czym widać już było tylko światła ulic i domów. W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się w knajpce na rynku. Następnego dnia udaliśmy się na Cmentarz Łyczakowski i Cmentarz Orląt Lwowskich.
 Następnie tramwajem wróciliśmy zwiedzać centrum miasta. Tramwaje lwowskie to klasa sama w sobie - sprawiają wrażenie, jakby nie zmieniły się od wielu dziesiątków lat. W centrum miasta odwiedziliśmy Katedrę Ormiańską, a potem było trochę czasu na zwiedzanie na własną rękę. Następnie udaliśmy się na obiad, po którym trzeba się było szybko zbierać w drogę powrotną. Powrót przebiegał podobnie jak nasz przyjazd: marszrutką do granicy, busem do Przemyśla, a potem pociągiem do Warszawy z przesiadką w Łańcucie.
Podsumowanie Gorgany to góry dla koneserów. Są dzikie i niebezpieczne. Wody jest tam mało i jest trudno dostępna, ich wnętrze przecinają tylko nieliczne drogi. Zniesienie rannego mogłoby zająć nawet kilka dni. Kosówka jest gęsta i niezwykle utrudnia wędrówkę, spowalniając tempo marszu kilka razy. Hordy gryzących muszek nie dają odpocząć podczas postojów. Wprawdzie miłośnicy gór stopniowo przywracają do życia szlaki przez Gorgrany, Arszyca nadal jednak pozostaje mekką prawdziwych twardzieli (i twardzielek).
To wszystko jednak sprawia, że ich przejście daje ogromną satysfakcję. Mamy przy tym niemal pewność, że będziemy w tych górach sami. W pobliżu wiosek możemy spotkać zbieraczy jagód lub nielicznych ukraińskich turystów, ale we wnętrzu gór jeśli zobaczymy ognisku, to najprawdopodobniej jest to SKPB lub SKG. Czasem tylko trafią się jacyś inni turyści, przemierzający te góry powoli, bez pośpiechu i dla przyjemności. Kontakt z autorem: lechlukaszm -@- gmail.com |