Strona główna > Baza w Regetowie > Kronika > Jak wywołać deszcz czyli opowieść straszliwa o papowaniu wiaty 2002.

03

cze

2010

Jak wywołać deszcz czyli opowieść straszliwa o papowaniu wiaty 2002.
Autor: dziabka   
Wielka Kierowniczka wyjechała o nieświeżym poranku. Zostawiła nam tajemnicze rulony i papierową torbę. Zostawiła także Michała, który pełnił rolę Wicebazowego. Zostawiła także na gospodarstwie nas - mnie, zwaną dalej Ciocią Madzią lub Straszną Bazową oraz Tomka, czyli Wuja... Papierowa torba okazała się być pełna gwoździ. Ale nie byle jakich, pierwszych z brzegu, ale papiaków. Tajemnicze rulony okazały się być zwojem papy na welonie, czerwonej, pełnej kamyczków, którą należało przemieścić z rulonów spoczywających pod wiatą na samą górę wiaty, czyli na dach. Dach, jak to dach, przeciekał, co stwierdziliśmy zaraz pierwszego dnia "O, patrzcie, naciekło do sztućców! Ooo, tutaj jeszcze kapie!" - a deszczówka cienkim strumyczkiem lała się do gara z herbatą. W tak pięknych okolicznościach przyrody postanowiliśmy dźwignąć całość papy na dach.
Michał sporządził ogromny ostrzegawczy napis "Uwaga, roboty na wysokościach!" Ekipa robotnicza wlazła na wiatę, asekurowana sprzętem wspinaczkowym i w kaskach ochronnych przeciwtarninowych. W pocie czoła walczyła z igliwiem, tarniną, zgniłymi nierozpoznawalnymi resztkami, odrywała listewki, szorowała szczotami powierzchnię wiaty, wyrywała zardzewiałe gwoździe. Im dłużej to trwało, tym więcej mieszkańców bazy włączało się do zabawy. Ostatecznie na wiacie wisiało pięć osób. Dokonano zrzutu siekiery z wiaty, szczęśliwie omijając czerepy, rzutu młotkiem na odległość oraz trenowano celowanie w Bazowych listewkami, do tej pory stanowiącymi uszczelnienie dachu (absolutnie nieskuteczne). Dodatkowo także dokonano pierwszego przejścia wiaty w linii największego przewieszenia.
W końcu wiata była gotowa na przyjęcie papy. Wielkie, ciężkie, szerokie rulony rozpostarto jej u stóp i cała ekipa w pocie czoła i mózgów wyliczała, ile należy urżnąć, żeby nie było zbyt dużo ani, nie daj Boże, za mało. W wyniku licznych dyskusji, kontrowersji i kompromisów urżnięto zacny kawał (posługując się sekatorem Wielkiej Kierowniczki, za co Bazowi zebrali potem opierdziel) i metodą "na burłaka" ("Heeej raz! Heeeej raz!") wciągnięto na wiatę. Czekała tam już grupa szturmowa uzbrojona w papierową torbę pełną papiaków oraz dwa srogie młoty. Dopasowała kawał papy, nadzorowana przez ekonomów z dołu ("Tam kawałek pociągnij! Do siebie! Jeszcze trochę!") i z zapałem zaczęła walić młotami w papiaki, uprzednio ustawiając je w pozycji wyjściowej. Z zapału przegięła odrobinę z ilością papiaków, ale za to pierwszy kawałek był przymocowany naprawdę solidnie. Należy dodać, że cała operacja odbywała się na wysokości oraz na pochyłej powierzchni. Upadek nie groził dużymi obrażeniami na ciele, a jedynie na męskim honorze.
Następny kawałek papy pomagał nam rżnąć szpieg z krainy deszczowców, czyli z obcej bazy w Radocynie. Jak stwierdził "ot tak sobie wpadł". Miał farta, bo trafił akurat na papowanie.
Z biegiem czasu zaczęło ubywać papiaków, niewątpliwie w konsekwencji zapału członków grupy szturmowej, którzy wbijali ich nadmierną ilość. Ale za to papa lepiej się wiaty trzymała.
Ostateczną czynnością papowania było smołowanie złączeń. Odpowiedzialna osoba dostała w dłoń kubeł z masą asfaltową (masę tę można obejrzeć na lewym rękawie przewodnickiego polara Bazowej) i zadanie zasmarowywania wszystkich połączeń oraz wszystkich papiaków. Nie obyło się bez strat własnych w postaci zasmołowanych części ubrań i części ciała.
Niemniej jednak, ku własnemu zdumieniu, pod wieczór cała wiata była pokryta papą oraz zasmołowana w regularną kratkę (bardzo estetyczny widok szczególnie z daleka). Siedząc przy zasłużonym Mleku Wieczornym Prosto od Krowy padło wyzwanie "haha, byłoby fajnie, gdyby teraz zaczął padać deszcz, zobaczylibyśmy, ile ta papa jest warta". Niestety, jak się okazuje, wiele rzeczy można powiedzieć w złą godzinę. Deszcz nas usłyszał i przez następne dwa tygodnie wytrwale usiłował zedrzeć papę z wiaty, a my obserwując jego zmagania mieliśmy nielichą satysfakcję. Przez dwa tygodnie było to jedyne suche miejsce na bazie...