Strona główna > Kurs przewodnicki > Dział kursanta > Tfurczość kursowa > Zimowe zdobywanie Bieszczadów (sztuka w dwóch aktach z prologiem i epilogiem)

14

maj

2010

Zimowe zdobywanie Bieszczadów (sztuka w dwóch aktach z prologiem i epilogiem)
Autor: Ewa i Jacek   

Samodzielna Grupa Operacyjna
pod przewodnictwem Ewy i Jacka

przedstawia:

Zimowe zdobywanie Bieszczadów (sztuka w dwóch aktach z prologiem i epilogiem)

 
Osoby dramatu:
Prowadzący: Ewa, Jacek,
Uczestnicy: Beata, Tomek, Danusia, Kuba, Wojtek, Robert

Miejsce i czas dramatu:
5-7.02 Bieszczady na rakietach śnieżnych

Prolog

Przerwa między zimówką sylwestrową, a początkiem drugiej części kursu zachęciła nas do zorganizowania SGO. Wybór był Prost,y jeśli teren uprawnień to tylko widokowe zimowe połoniny Bieszczadzkie. Przy takim celu skompletowanie grupy okazało się łatwe. Wyjazd zaczął się od załamania czasoprzestrzeni i zgubionej godziny, która na szczęście się znalazła. Na czas dotarliśmy z Jackiem na Dworzec Zachodni uzbrojeni w siedem par rakiet. Rozpoczęła się nasza podróż autobusem okraszona wieloma opowieściami, które miały zaznajomić niektórych uczestników ze specyfiką kursu i wyjazdów SKPB.

 

Akt pierwszy

 

  • Ambicja zimowa

Plan pierwszego dnia obejmował atak na Bukowe Berdo od strony Widełek, zdobycie Tarnicy i zejście do Ustrzyk Górnych.
Zimny poranek powitał nas w Sanoku. Standardowo po 5 rano dworzec był zamknięty. Z doświadczenia wiedziałam, że toalety także są nieczynne. Panowie jednak zaatakowali. Po chwili wszyscy zniknęliśmy w cudem czynnym wucecie. Pani okazała się niezwykle wyrozumiała, a miejscówka przy kabinach w męskim kiblu idealna na oczekiwanie otwarcia dworca (Polecamy!!).

 

O 9:30 wysiedliśmy w Widełkach. Tu nastąpiło pierwsze stracie ze sprzętem. Okazało się, że nikt z nas wcześniej nie miał jeszcze na nogach rakiet. Początkowo trudno było się przyzwyczaić. Szlak był nie przetarty, a podchodzenie w głębokim śniegu uciążliwe. Aby ułatwić sobie przecieranie ustaliliśmy rotację osób idących z przodu. W grupie ośmioosobowej końcówka szła już bardzo wygodnym deptakiem. Mimo tego udogodnienia, droga się dłużyła i na Bukowe Berdo dotarliśmy ok. 15:00. Wtedy już oczywiste stało się, że dalsza realizacja zamierzonego planu nie ma sensu. Modyfikacji uległa końcówka trasy i zejście do Wołosatego. Słońce powoli chowało się za horyzont, a my podziwialiśmy pierwszą rozległą panoramkę. Po połoninie szło się łatwiej, gdyż większość śniegu była wywiana, przybyło za to inne utrudnienie niezwykle silny wiatr. Już po zmroku weszliśmy na właściwy szczyt Bukowego Berda, a następnie minęliśmy kulminację Krzemienia. Na przełęczy Goprowskiej zrobiliśmy dłuższą przerwę, na posiłek i zagotowanie wody na herbatę na palniku. W oddali dostrzegliśmy dwa światełka podążające na Tarnicę, byli to pierwsi i ostatni ?turyści? widziani przez nas tego dnia.
O 20:15 znaleźliśmy się na siodełku pod Tarnicą. Na postoju postanowiliśmy umówić się z bursiarzem z Wołosatego. Nie mogliśmy się jednak połączyć z wybranym numerem. Wtedy Jacek powiedział: ?To dzwonimy po księdza?. Na co padło: ?Miało być All Inclusive, ale ostatniego namaszczenia nie zamawiałem?. Dostaliśmy kolejny numer do busika, który milczał. O 22:00 dotarliśmy do Wołosatego. Idąc po śladach wleźliśmy komuś na teren posesji i zainteresowała się nami straż graniczna. Zaniepokoił ich nasz los (daleka jeszcze droga do Ustrzyk) jednak nie mogli się ruszyć z Wołosatego. Ostatecznie skorzystaliśmy z propozycji księdza (nocowaliśmy w domu rekolekcyjnym przy kościele w Ustrzykach), który przyjechał po nas. Dzięki podwózce dotarliśmy do Ustrzyk Górnych jeszcze przed 23:00.

 

 

Akt drugi

 

Zima nas nauczyła

Po pierwszym dniu bogatsi w zimowe doświadczenia modyfikujemy plan na sobotę. Skracamy trasę i dzielimy grupę na dwie części. Główny cel pozostał bez zmian ? Rawki.
Dzień rozpoczęliśmy jakżeby inaczej od przepysznego obiadu ? wykwintnej wersji pawia, składającego się z: cały dzień noszonego smażonego mięska, sosu meksykańskiego, parmezanu i nieśmiertelnego makaronu. Po tak sytym i optymistycznym akcencie ruszyliśmy w góry. Grupa pierwsza lajtowa poszła asfaltem do przełęczy Wyżniańskiej, a następnie do Bacówki i na Małą Rawkę. Jeszcze w drodze na przełęczy udało się załapać na super widok na Połoninę Wetlińską. Przed 14:00 znaleźliśmy się na Malej Rawce. Niewiele później druga grupa, która wchodziła z Ustrzyk niebieskim szlakiem znalazła się na Wielkiej Rawce. Widoki zapierały dech w piersiach, a panoramka do zrobienia na 360°. Jak na dłoni były nie tylko polskie Bieszczady, ale też ukraińskie. W kolejnych planach można było dostrzec także zaśnieżoną Borżawę, a nawet Tatry. Poza panoramkami, nie zabrakło także wizyty na granicy Schengen i postawienia stóp na ziemi ukraińskiej. Naszym wyczynom przy słupkach uważnie przyglądano się ?z góry? (straż graniczna). Na koniec dnia były oczywiście słynne naleśniki z jagodami przebój Bacówki pod Rawkami. A do snu repertuar SDM-u grany na dole, a fantastycznie słyszalny w naszym pokoju przez komin.

 

Epilog
        Z Bacówki musieliśmy dojść do Ustrzyk Górnych na 10:10, by zdążyć na PKS do Sanoka. W planach był repertuar kulturalny w Sanoku w postaci wizyty w muzeum historycznym.
Muzyka z ?Czarnych Chmur? postawiła nas na równe nogi w niedzielę rano. Za oknem oczom naszym ukazał się widok na krainę śniegu. Przez noc okolice bacówki zmieniły się nie do poznania. A przetarte wczoraj szlaki znikły pod pokrywą białego puchu. Na drodze asfaltowej do Ustrzyk była taka warstwa śniegu, że szliśmy w rakietach.
Jak zwykle kultura przegrała. Po przyjeździe do Sanoka okazało się, że o 13:10 jest autobus do Warszawy i wszyscy zapragnęli ruszyć nim w podróż powrotną. Choć trzeba przyznać dyskusje w pksie były nader kulturalne, a szarzy uczestnicy byli żądni wiedzy i zadawali wiele pytań na temat mijanych miejsc, a także fachowej terminologii jak np.: styl wiślano-bałtycki. Droga była długa i męcząca, ale dzięki powrotowi w niedzielę wieczorem wszyscy wyspani stawili się w poniedziałek w pracy.

        Choć czasoprzestrzeń się załamała i szliśmy 12 h, nie zdobyliśmy Tarnicy, nie było autobusu z kosmosu, to były postaci dwóch PREZESÓW, fantastyczne humory rodem z Barei, widoki po 10 plan, z opresji ratował ksiądz, obiad jadło się na śniadanie, a nad głowami krążył zamówiony helikopter.

 
 
 
 
 
 
Podziękowania dla wytrwałych uczestników tych szarych i tych mniej szarych
Ewa i Jacek

 

 

PS na koniec foto zagadka, kto odgadnie co widać w oddali ponad przełęczą ?